Ojczyznę kochać trzeba i szanować? [2008-03-13, 07:50:17]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Wczoraj w Sejmie odbyła się debata nad ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego. Warto zauważyć, że była to chyba jedna z pierwszych dyskusji w tym temacie relacjonowana szerzej przez media. Teoretycznie można by  powiedzieć, że lepiej późno niż wcale, ale jakoś niespecjalnie czuję się pocieszony, bo chociaż oczywiście bezgranicznie ufam patriotom z PO i LiD, którzy chcą Traktat ten bezwarunkowo przyklepać, to jednak wolałbym coś więcej o tym leku na całe zło wiedzieć.

No cóż, takie są skutki tego, że żyjemy w burzliwych czasach i tym samym media co chwilę zmuszone są zajmować się zmiażdżonymi laptopami, ustalaniem ojcostwa dziecka Białorusinki, pościgami za Krauze helikopterami czy wręcz pneumokokami, a więc sprawami nie mniej niż podpisanie jakiegoś tam traktatu istotnymi i ciekawymi. Wypada to zrozumieć i cieszyć się, że jako obywatele dostaliśmy przynajmniej tyle.

Przy okazji dyskusji w Sejmy miały miejsce jakieś protesty. Niestety, daleko im było do spontanicznych wybuchów społecznego niezadowolenia inicjowanych oddolnie za byłego reżimu, kiedy to na ulice wychodziły prawdziwe tłumy zdesperowanych młodych ludzi.

Wczoraj przy okazji Traktatu było zdecydowanie skromniej i nie bójmy się tego powiedzieć wprost, również mniej inteligencko. Starsze panie w swym klasyczny okryciu głowy, sprawiający wrażenie bezrobotnych właściciele niemodnych kurtek i dzierżonych w dłoni reklamówek, grożący laskami panowie po sześćdziesiątce, a nawet właściciele wąsów tak wyszukanych, że na ich tle nawet ten noszony przez Krzysztofa Putrę można nazwać modnym i stonowanym.

Jednym słowem protestowało środowisko Radia Maryja, o którym sam patriota Stefan Niesiołowski mówił, że jest sterowane przez Moskwę. Trudno więc się dziwić, że ten skromny wybuszek niezadowolenia społecznego potraktowano z lekkim przymrużeniem oka i nie zawracano sobie nim zbytnio głowy.  

Chciałem teraz napisać, że poprzez ten na siłę ironiczny przekaz powyżej miałem zamiar zwrócić uwagę czytelnika na to, że media po raz kolejny przemilczają i bagatelizują niezmiernie ważny dla przyszłości Polski temat. Że na naszych oczach dzieją się sprawy, które przesądzą o tym w jakim miejscu za klika lat się obudzimy. Że niezależnie od tego, czy przyjęcie Traktatu jest złym bądź dobrym rozwiązaniem, nie można ignorować tego zagadnienia i psim obowiązkiem mediów oraz polityków jest informowanie o tym społeczeństwa i na pewno nie jest tak, że wszyscy zgodnie są za jego ratyfikowaniem.

Chciałem, ale zreflektowałem się, że skłamałbym. Zastanowiłem się bowiem, czy aby na pewno którekolwiek ugrupowanie dobijało się ze swoim przesłaniem do obywateli? Czy była jakaś parta, która może pochwalić się tym, że starała się o czas antenowy, by przedyskutować temat Traktatu, ale ją ignorowano? A jeżeli nawet tak, to czy wykrzyczała swoje racje w Internecie, albo przynajmniej wyszła w tak zwany teren do swoich wyborców?
Szczerze bardzo wątpię. Z moich obserwacji wynika, że nic takiego nie miało miejsca. Smutne, ale prawdziwe.
Wczorajsza debata w Sejmie była więc adekwatna do tego, co wszystkie partie od lewa do prawa zrobiły w sprawie przekonania do swoich racji, była jeżeli nawet nie nieszczera, to tak samo nijaka.

Podobnie wygląda sprawa antyreferendalnych protestów. Tutaj też chciałem pokazać, że media musiały być stronnicze w swych relacjach, bo niemożliwym jest przecież, że protestowali tylko starsi ludzie.
I znów poczułem, że pisząc tak manipulowanie powinienem zarzucić nie środkom masowego przekazu, a sobie. Bowiem czy nie było faktycznie tak, że na ulice wyszła garstka ludzi związanych z Radiem Maryja? Że jeżeli nawet protestowali młodsi sympatycy UPR, to ich liczba była równie skromna i nie ma co się oszukiwać, że w jakiś drastyczny sposób wpłynęła na frekwencję?

Wydaje mi się, że tak właśnie było i biadolenie, że relacjonującym wszelkiej maści białe miasteczka tefałenom frekwencyjne ubóstwo nie przeszkadzało jest może prawdziwe, ale nieistotne. Albowiem tak jak z łatwością pięciuset kilku demonstrantów można nazwać ponad pół tysiącem, tak już niekoniecznie równie prosto jest „zmniejszyć” 5 tysięcy do kilkuset.
Prawda jest więc w tym przypadku również brutalna i mass media tylko bez ubarwień ją przedstawiły.

Wreszcie ostatnia sprawa. Czy ja sam zrobiłem cokolwiek, żeby móc z całym przekonaniem powiedzieć, że jestem zwolennikiem bądź przeciwnikiem Traktatu Lizbońskiego? Czy poza wyżalaniem się na blogu, jakie to wszystko niesprawiedliwe sam kiwnąłem chociaż palcem w tej sprawie? Obawiam się, że poza gębą tradycyjnie pełną frazesów niewiele miałem do powiedzenia.

Starając się spojrzeć teraz na to wszystko z boku mogę powiedzieć tylko, że jako społeczeństwo mamy gdzieś to, co dzieje się w naszym kraju i chyba dobrze, że w sprawie Traktatu nie będzie referendum.

Po prostu - jesteśmy traktowani adekwatnie do tego, co sami sobą reprezentujemy i jakie są nasze oczekiwania.

Tak więc mierni i bierni możemy sobie wspólnie „O radości iskro bogów”  teraz zaśpiewać.

Jarosławowi Kaczyńskiemu gratuluję pijaru [2008-03-12, 08:16:18]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Ponoć wielkie oburzenie wywołały słowa Jarosława Kaczyńskiego, że nie jest entuzjastą oddawania głosów w wyborach przez Internet. Napisałem „ponoć”, ponieważ nie mam dzisiaj nastroju na czytanie komentarzy zamieszczanych pod tą informacją na różnego rodzaju portalach na czele z Onetem. Tym niemniej nie mam wątpliwości, że stwierdzenie to musiało wywołać wrzask w środowisku tzw. „Internautów”.

Każdy, kto czyta tę notatkę, a więc ma dostęp do sieci, musiał zetknąć się kiedyś z tą specyficzną formą vox populi, którą najlepiej charakteryzują emotikonki, wykrzykniki, równoważniki zdań i zakamuflowane na użytek moderatorów bluzgi.

Nie chciałbym brzmieć jak stary pryk biadolący nad upadkiem obyczajów, ale naprawdę uważam, że poza „elitarnym” ze względu na techniczną barierę wejścia Usenetem, trudno znaleźć fora, które trzymałyby jakiś poziom. A już na pewno nie można do takich zaliczyć tych głównych: Wirtualnej Polski, Gazety, czy przysłowiowego już Onetu.

Z tego powodu niezmiennie bawi mnie powoływanie się różnego rodzaju publicystów na tzw. “Internautów”. Gdyby bowiem zastanowić się kim jest ta enigmatyczna grupa i w tym celu przeprowadzić badania, które przecież nie mogłyby pomijać wymienionych wyżej portali, okazałoby się zapewne, że najlepszym ich podsumowaniem są słowa śp. Stanisława Lema: „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”.

Nie jest to oczywiście specyfika tylko polskiej części sieci, chociaż niewątpliwie ogólne zapóźnienie daje znać o sobie również i w tym względzie, ale jestem przekonany, że najaktywniejsza część uczestników internetowych „debat” nie jest w najmniejszym nawet stopniu reprezentatywna dla ogółu nie tylko polskiego społeczeństwa.

Po prostu taka jest specyfika dostępu do sieci i wbrew temu, co często wydaje się korzystającym z niej nieomal codziennie, zdecydowana większość ludzi naprawdę ma tylko blade pojęcie czym jest google.

Dlatego też uważam, że zanim Internet stanie się równie dostępny jak radio czy telewizja, a będzie to miało miejsce najprawdopodobniej dopiero wtedy, gdy płatny będzie kontent, a nie sam dostęp, nie ma w ogóle sensu rozpoczynać debaty na temat możliwości głosowania za jego pomocą.

To podstawowa sprawa i naprawdę nie mogę zrozumieć po co Kaczyński wdaje się w taką dysputę. Dowodzi to tylko tego, że w dalszym ciągu niczego się nie nauczył, a jego doradcy żyją w bardziej wirtualnym od Internetu świecie.

Nie trzeba bowiem być specjalistą od mediów by domyślić się, że stwierdzenie: „Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota.” wywoła ostry odzew wywołanych do tablicy Internautów. A ich wrzask podchwyci prasa, radio i w świat pójdzie informacja, że Kaczyński to zacofany przeciwnik postępu. Niewielu przecież będzie zastanawiać się nad tym, że w sumie ma trochę racji, a poza tym i przed wszystkim na ten moment taki sposób głosowania jest zupełną abstrakcją.

Dlatego abstrahując już zupełnie od prawdziwości wygłoszonej przez Kaczyńskiego teorii, po raz kolejny muszę pogratulować doradcom byłego premiera. Jesteście niezrównanymi mistrzami w tworzeniu w mediach negatywnego obrazu PiS-u.

Janusz Kaczmarek - bohater tragiczny [2008-03-11, 09:15:56]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Janusz Kaczmarek znów jest bohaterem mediów. Zawdzięczamy to stacji TVN24, którą podobnie jak Wyborczą interesuje prawda. Dążenie to objawia się na wiele sposobów, ale najbardziej reprezentatywnym wydaje się ten związany z dawaniem czasu antenowego osobom „kontrowersyjnym”.

Ostatnie słowo napisałem w cudzysłowie, ponieważ dobór tych nieszablonowych postaci wydaje się być nie tyle stronniczy, co po prostu dostosowany do niezmiennej tezy, że za wszystko co złe odpowiada Prawo i Sprawiedliwość. Znamienne przy tym jest to, że owo zło nie jest w jakiś konkretny sposób zdefiniowane, a więc nie opiera się na konkretnych przesłankach lecz raczej dość mglistych zarzutach, które mają tę istotną cechę, że przede wszystkim świetnie wpisują się w schemat palikotowego pytania:  „Czy Lech Kaczyński nadużywa alkoholu?”.

Nie inaczej było wczoraj, gdy gościem programu Teraz k… My! był właśnie były prokurator krajowy i szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Powiedział tam znamienne słowa: „Gdyby słuchano mnie na naradach u premiera Jarosława Kaczyńskiego, Barbara Blida nie popełniłaby samobójstwa.”
Sądzę, że warto je zapamiętać, bo dobrze pokazują do jakiego poziomu sprowadzona została telewizyjna debata. Wygląda bowiem na to, że można już wygłaszać  bez skrępowania wszystko, a nieweryfikowalność głoszonych poglądów nie jest żadną przeszkodą dla ich rozpowszechniania.

Zresztą, może niepotrzebnie się oburzam i jest to po prostu normalna reakcja człowieka, któremu postawiono dość poważne zarzuty i ma prawo bronić się w dowolny sposób? Tak, zdecydowanie Kaczmarek nie powiedział nic niestosownego. W końcu może faktycznie gdyby go posłuchano Barbara Blida nie popełniłaby samobójstwa?

W tym przypadku przerażające jest to, jak musi on się teraz czuć wiedząc, że jego słowa mogły uratować kobiecie życie. Czy wracając pamięcią do tych wydarzeń nie zadręcza się, że zabrakło mu stanowczości? Że być może wystarczyło przerwać radosną debatę mściwych i małostkowych kaczystów i krzyknąć: „Stop! Przestańcie! Przecież to straszne, co chcecie zrobić! Czy nie rozumiecie, że ona może odebrać sobie życie?”.

Tego typu myśli muszą krążyć po jego głowie i ja na jego miejscu na 100 procent czułbym się fatalnie. Na pewno też dręczyłyby mnie wyrzuty sumienia i jestem przekonany, że marnym pocieszenie byłoby to, że próbowałem coś zrobić. Cóż bowiem z tego, skoro finał był tak tragiczny?

Sądzę więc, że najwyższy już czas zdobyć się na empatię i wczuć się w położenie byłego szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Zadajmy sobie sami teraz pytanie, czy aby na pewno należy targać jeszcze po sądach kogoś, kto zapewne tak bardzo cierpi?

Europa da się lubić [suplement] [2008-03-10, 13:25:41]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Nawiązując do zamieszczonego pod moją dzisiejszą notatką komentarza NEOspasmina postanowiłem napisać jeszcze coś o niczym. Oto kolejny tekst, który jest tak bez znaczenia, że nic do niego dodać nie można. Zapraszam :-)

- Halo, halo! Słyszysz mnie Grzesiu?

- Halo, halo. Witam. Co to za szum?

- A wiesz, lece sobie samolotem. Do USA.

- A to ciamkanie i siorbanie w tle?

- To elektorat. Właśnie podali posiłki.

- Nie możesz im powiedzieć, żeby zachowywali się kulturalniej?

- Daj spokój. Posyłam im płomienne uśmiechy. Sądzę, że moja obecność
tutaj dodaje im otuchy.

- Niewątpliwie… I będziesz tak już zawsze latał?

- Ja właśnie w tej sprawie…

- To znaczy?

- Potrafisz nasladować głos kaczora?

- W sensie kwa-kwa?

- Nie, czy potrafisz gadać jak kaczor?

- W sumie chyba dałbym radę.

- No to zbieraj się, skocz do budki telefonicznej i dzwoń do antyterorystów,
że na pokładzie jest bomba.

- Co?

- No rób jak ci mówię. Będzie zamieszanie i zatroskani o moje bezpieczeństwo
młodzi intelektualiści zrozumieją, że nie mogę więcej tak ryzykować w rejsowych
samolotach życia.

- Ale…

- Nie dyskutuj, tylko się zbieraj. Na wszelki wypadek przyklej sobie wąsy a la Putra,
nie pal w budce, nie urywaj słuchawki i przede wszystkim staraj się brzmieć jak kaczor.

Europa da się lubić [2008-03-10, 09:53:30]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Wzorem bratających się z ludem młodopolskich artystów, premier Donald Tusk poleciał do Stanów Zjednoczonych rejsowym samolotem. Media nie podają tej informacji, ale mam nadzieję, że korzystał z klasy ekonomicznej, bo ta biznesowa nie dość, że jest okupowana przez mających niewiele wspólnego ze zwykłymi ludźmi kapitalistami, to jeszcze kosztuje sporo grosza. A to nie jest przecież obojętne dla budżetu.

W każdym razie pomimo drobnych opóźnień związanych z fałszywym alarmem bombowym, nasz dzielny Wernyhora a rebour wylądował szczęśliwie i można mieć nadzieję, że wizyta w krainie hamburgera i coca-coli będzie owocna.
Wprawdzie trzeba będzie popracować nad odzyskaniem tych kilkuset wyborców, którzy dzięki oszczędnością premiera spędzili na lotnisku dodatkowe kilka godzin i mogą czuć do niego pewną nieuzasadnioną niechęć, to jednak pomimo tego zgrzytu wizyta przebiegnie równie dobrze jak ta w Moskwie, która zakończyła się przecież pełnym sukcesem.  

Najistotniejsza niewątpliwie jest sprawa tarczy, i  jak podaje Gazeta Wyborcza, “chodzi o więcej niż jedna wyrzutnia i o około 100 rakiet”, ewentualnie „chodzi nie więcej niż o kilka wyrzutni i sporo więcej niż sto rakiet”.
Przyznaję, że trudno się w tym połapać, ale ufam, że premier ma to rozpisane zgrabnie na karteczce, ewentualnie któryś z asystentów przygotował mu prezentację w Power Poincie, która na pewno zrobiłaby wielkie wrażenie na Bushu podkreślając, że Polacy nie gęsi i swoje komputery mają.

Tak, zdecydowanie mógłby być to gwóźdź programu i gdyby jeszcze Tusk korzystał z noszącego wyraźne ślady siekiery, ociekającego wodą laptopa, mógłby ubarwić swą opowieść o anegdotkę, jak to źle działo się w Polsce, gdy rządziła mniej intelektualnie wysublimowana i technicznie sprawna ekipa.

To wszystko jest jednak mało istotne, bo najważniejsza pozostaje odpowiedź na pytanie, czy prezydent Stanów Zjednoczonych czyta Wyborczą i wie, że kimkolwiek będzie jego następca, to wprawdzie nie tyle zrezygnuje z budowy tarczy, a co najwyżej ją ograniczy, to jednak Pentagon prawie na pewno zaproponuje nowemu prezydentowi rezygnację z jej budowy w Europie.

Jak donosi dalej naczelny organ antykaczystów, zamiast tego rozważone zostaną inne miejsca, na przykład Japonia, Izrael i Wielka Brytania, która jak powszechnie wiadomo czytelnikom tego periodyku, pomimo tunelu łączącego ją z kontynentem nie jest Europą. Podobnie zresztą jak Izrael, którego przedstawiciel(ka) Dana International wprawdzie zwyciężył(a) w Konkursie Piosenki Eurowizji, ale nawet moim zdaniem nie czyni to z tego państwa Europy. Na szczęście bez cienia wątpliwości Japonia leży gdzieś daleko na globusie.

W każdym razie mam nadzieję, że George W. Bush nie jest świadomy tych wszystkich niuansów i subtelności, więc nie będzie zbytnio maglował Donka przynajmniej z geografii.

Tak czy siak zwolennicy budowy u nas tarczy powinni trzymać kciuki za ignorancję amerykańskiego prezydenta, bo po lekturze dzisiejszej Wyborczej wydaje mi się, że jedyną szansą na realizację tego projektu będzie właśnie słaba wiedza o świecie Georgea W. Busha. Może faktycznie nie wie, że Polska leży w Europie?

Prawdziwych Hubertów H. już nie ma… [2008-03-07, 06:07:13]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Wczoraj miał miejsce bardzo nieprzyjemny incydent, który wprawdzie zapowiadał się całkiem interesująco, to jednak niestety przekształcił się szybko w niewartą wzmianki drobnostkę. Wszystko wydarzyło się podczas uroczystości wręczania przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego uczestnikom wydarzeń Marca ‘68 Orderów Odrodzenia Państwa.

Jeden z uhonorowanych, niejaki Bogdan Czajkowski odmówił przyjęcia odznaczenia. Do tego momentu było świetnie, zanosiło się bowiem na fascynujący protest wobec kaczystowskiego reżymu, którego symbolem jest nadal urzędujący prezydent, brat Jarosława. Ale im dalej w las, tym było gorzej.

W przedstawianych na gorąco newsach z tego incydentu czuć było atmosferę skandalu.  W powietrzu zdawało się wisieć pytanie: „Co on mu powiedział? Spieprzaj dziadu? Oby…”.

Ach, jakież byłoby to symboliczne! Pan Czajkowski nie jest wprawdzie bezdomnym, a tylko bezrobotnym, tym niemniej słowa takie na pewno dodałyby otuchy wszystkim oczekującym na cuda. Tak, zdecydowanie człowiek ten miał wczoraj szansę stać się nowym Hubertem H., idolem inteligenckiego elektoratu Platformy Obywatelskiej.

Niestety, szansę na swoje medialne pięć minut paskudnie zaprzepaścił. Zamiast bowiem wyjaśnić, że swoim odmownym gestem chciał pomścić zbezczeszczoną godność menela z dworca centralnego, albo przynajmniej zaprotestować przeciw niezaproszeniu  na uroczystość Adama Michnika, to wolał beknąć coś o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.

Stwierdził bowiem mniej więcej, że nie odbierając odznaczenia od prezydenta chciał także  zaprotestować wobec ignorowania opinii znacznej Polaków, którzy podobnie  jak on domagają się referendum na temat przyjęcia Traktatu Lizbońskiego.

Ani słowa o  kaczystach, Rydzyku, Macierewiczu. Nic. Z dużej chmury mały deszcz i tyle. A przecież powszechnie wiadomo, że sprawa ratyfikacji traktatu jest już przesądzona i naprawdę są ważniejsze sprawy w tym państwie, którymi mogą zająć się roztropnie i nowocześni obywatele. Eutanazja, in vitro, ekologia, prawa gejów. Do wyboru, do koloru. Takie są skutki tego, że Czajkowski jest bezrobotny, więc pewnie nie ma telewizora.

W każdym razie naprawdę szkoda, że mając szansę stać się sławnym, nieodpowiednim doborem słów tak ją zaprzepaścił i nie będzie miał już raczej okazji tak jak Hubert H. gościć w programach tefałenu. No cóż, sam sobie taki los zgotował.

Szkoda tylko, że nie pomyślał o zwykłych ludziach, którzy nie mogą przecież żyć tylko lekturą Niezbędnika Inteligenta i potrzebują od czasu do czasu idola zwyczajnego, a zarazem jak Hubert H. szczerego i prawdziwego.

PS Zupełnie poważnie i dla przypomnienia: „Prezes PiS Jarosław Kaczyński powiedział, że Traktat Lizboński “będzie jeszcze na pewno przedmiotem bardzo poważnej dyskusji”. Podkreślił, że klub PiS nie podjął jeszcze decyzji, “co do głosowania w sprawie traktatu.”
Tak więc Panie Jarosławie: Niech Pan nie robi z siebie Donalda i dotrzyma słowa.

Czyżby zbyt dużo miłości? [2008-03-06, 12:01:09]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Według opublikowanego przez dzisiejszą „Rzeczpospolitą” sondażu, najbardziej wpływowymi osobami w Polsce są kolejno: premier Donald Tusk, prezydent Lech Kaczyński oraz były prezydent Lech Wałęsa. Na czwartym miejscu uplasował się znany ze swej niezależności i obiektywizmu Tomasz Lis.

Tak w każdym razie uważają ankietowani przez GfK Polonia obywatele stanowiący reprezentatywną próbkę społeczeństwa  nieczwartej RP. Można więc chyba swobodnie przyjąć, że tak sądzi tak zwany ogół.

Politolog Kazimierz Kik komentując te wyniki stwierdza, że ludzie wykazali się sporym realizmem, uznając za osoby o największych wpływach polityków obecnie sprawujących władzę: premiera i prezydenta.

Jeżeli ma on rację, to konstatacja ta jest dość niewesoła dla miłościwie nam panujących. Świadczy bowiem o tym, że obywatele nie widzą realnych zagrożeń, które czyhają na naszą młodą demokrację.

Już sam fakt, że Lech Kaczyński, człowiek rzucający bez przerwy kłody pod nogi reformatorskiej ekipie PO-PSL, znalazł się za Donaldem Tuskiem daje sporo do myślenia. Ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Jak to bowiem możliwe, że antysemita i deprawator emerytek Rydzyk jest dopiero 10., niszczyciel laptopów Ziobro 14., szkolący agentów na lowelasów Kamiński 44., a złowrogiego i mściwego spiskowca Macierewicz nie ma nawet w pierwszej setce?

Przecież to ewidentny dowód na to, że mieszkańcy Polski żyją w jakiejś alternatywnej rzeczywistości nie dostrzegając sedna problemu, którym są przede wszystkim ci właśnie ludzie. Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że społeczeństwo nie rozumie, jak wielkie wpływy mają nadal Kaczyści beztrosko zakładając sobie, że Ekipa Miłości Tuska ot tak sobie zwyczajnie i spokojnie jak gdyby nigdy nic rządzi . Przerażająca naiwność, naprawdę.

Bardzo dobrze więc się stało, że Rzeczpospolita opublikowała ten sondaż. Powinien dać on do myślenia koalicjantom PO-PSL i uświadomić, że trochę jednak przesadzili z tą propagandą sukcesu. Albowiem miłość miłością, lecz najważniejsze jest,  by elektorat zawsze pamiętał, jak silne i wpływowe są pewno z gruntu złe osoby. Czas więc ściągnąć z oczu różowe okulary i zobaczyć świat takim, jakim właśnie jest.

Biorąc to wszystko pod uwagę można się cieszyć, że LiD poprze pewoską poprawkę do ustawy medialnej i opanowana przez kaczystów, nieobiektywna TVP odejdzie w niebyt i przestanie wreszcie mącić ludziom w głowach.
Czym bowiem, jeżeli nie jej złowrogim wpływem można wytłumaczyć takie, a nie
inne wyniki tego badania opinii publicznej?

Niech więc reforma dzieje się. Jest nadzieja, że wtedy będzie nareszcie cudownie, bo wtedy bez przeszkód i ze wszystkich kanałów dowiemy się dlaczego i przez kogo jest wprawdzie miłościwie, ale jednak źle.

Nie jesteś wielbłądem - nie kop się z koniem [2008-03-05, 10:45:09]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Dzisiejsza Gazeta Wyborcza donosi, że rozważano usunięcie siłą okupujących Kancelarię Premiera pielęgniarek. Sensacje zawarte w artykule opierają się na „dwóch niezależnych źródłach”, co zaznaczone jest jasno już na samym wstępie, chyba tylko po to, by nikt nie miał wątpliwości, że można mieć do Gazety zaufanie.

Nie rozumiem po co ta asekuracja, skoro powszechnie wiadomo, że Wyborczą interesuje prawda i gdyby nawet źródeł żadnych nie było, to i tak działałaby w najlepiej pojętym interesie obywateli. 

W każdym razie wydźwięk tego tekstu jest dość jednoznaczny i naprawdę dobrze, że zdemaskowana została kolejna afera i wszyscy powinniśmy podziękować za to informatorom GW oraz szefowej prokuratury apelacyjnej, pani Marzenie Kowalskiej, która „się postawiła”.


Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że dzięki dzielnej prokuratorce nie doszło do tragedii. Znając bowiem nieudolność poprzedniego rządu, której ukoronowaniem była dramatyczna śmierć Barbary Blidy oraz rozwalenie młotkiem laptopa, nikt nie zdziwiłby się chyba, gdyby podczas próby usunięcia siłą pielęgniarek doszło do podobnego nieszczęścia i na przykład część doprowadzonych do rozpaczy kobiet nie wyskoczyłaby przez okno kancelarii lub z premedytacją połknęła po 100 tabletek espumisanu na wzdęcia.

Tak, zdecydowanie byliśmy o krok od nieszczęścia z cyniczną obojętnością zaplanowanego przez mściwego Kaczora i jego popleczników. Dobrze, że ludzie ci już nie rządzą i dzięki temu niezależne źródła mogą bez lęku dawać równie niezależnym jak one dziennikarzom kolejne świadectwo tych dramatycznych i bolesnych dla Polski dni.  

 

Nie rozumiem tylko jednego, a mianowicie tłumaczenia się z tych oskarżeń ludzi Jarosława Kaczyńskiego. Przecież te zarzuty ewidentnie należą do kategorii palikotowego „czy pan pije panie prezydencie” i wszelka polemika z nimi skazana jest z góry na porażkę, bo inteligencki elektorat PO i LiD i tak wie swoje.

 

Czy nikt z pomawianych tego nie widzi? Po co Gosiewski zaprzecza twierdząc: „Premier, a ja za nim, byliśmy przeciwko rozwiązaniom siłowym.”? Brakuje mu wyobraźni, by zauważyć, że to nie żadnego sensu?

Szczególnie, że rozważanie takiego rozwiązania nie było niczym niezgodnym z prawem, bo naprawdę można chyba jeszcze dyskutować sobie swobodnie o różnych sposobach załatwienia czegokolwiek, a nielegalnej okupacji kancelarii przez pielęgniarki w szczególności. 

Zwłaszcza, że tłumaczy się winny więc zapewne coś jest na rzeczy. Tym bardziej Kaczyński powinien przestać kopać się z koniem i powiedzieć wprost: „Tak, rozważaliśmy siłowe usunięcie protestujących pielęgniarek. No i…?”

A ktoś,  najlepiej Kurski, mógłby dodać, że rozważano również użycie czołgów, a także prowadzono rozmowy o możliwości zrobienia precyzyjnego podkopu, który spowodowałby zerwanie podłogi pod specjalnie w tym celu tuczonymi kanapkami siostrzyczkami.


Jakakolwiek bowiem bzdura byłaby lepsza niż idiotyczne udowadnianie, że nie jest się wielbłądem. Szkoda, że PiS mimo tylu doświadczeń nadal tego nie rozumie.

Cuda czas zacząć [2008-03-03, 08:03:16]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Jeżeli ktoś miałby wątpliwości, czy telewizja publiczna aby na pewno jest kluczowym elementem sprawowania władzy w tym kraju powinien otworzyć konstytucję i przeczytać rozdział IX tej ustawy.

Sądzę, że warto o tym pamiętać przyglądając się dyskusji w sprawie zmiany ustawy o radiofonii i telewizji proponowanej przez Platformę Obywatelską. Tak na wszelki wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy, że partia Tuska chce osiągnąć coś innego niż tylko umocnić swoją władzę.

Oczywiście tego samego chciało Prawo i Sprawiedliwość, ale to już historia i teraz można skupić się na rządach koalicji konserwatywnych liberałów (ha, ha) z ludowcami. W tym kontekście wzruszające jest tłumaczenie PO, że chce odpolitycznić media publiczne i potwierdza ono tylko, że jest to partia uważająca wyborców za idiotów. Wprawdzie nie bez podstaw, ale nic nie szkodzi pamiętać i o tym detalu.

Jak bardzo Platforma chce przejąć kontrolę nad mediami pokazuje to, że jest już gotowa na porozumienie w tej sprawie z Lewicą i Demokratami, a więc partią, która formalnie stoi w opozycji do Partii MiłOści serdecznego Donalda.
To też warto mieć na uwadze analizując proponowane zmiany, bo połączenie lewicowych demokratów z prawicowymi (ha, ha) demokratami w sprawie odrzucenia weta prezydenta, na pewno nie zostanie osiągnięte bez kompromisu w sprawie podziału łupów. A biorąc pod uwagę wspólny cel tych partii, czyli przywrócenie „ładu” medialnego sprzed afery Rywina można przypuszczać, że będzie to podział nie tylko demokratyczny, ale też trwały.

Jego osiągnięcie na pewno pozwoli wreszcie ekipie rządzącej zacząć realizować obiecane podczas kampanii dobrodziejstwa. W końcu chyba każdy kto widział Kaszpirowskiego albo Davida Copperfilda domyśla się, że bez telewizora raczej niemożliwe są tak efektowne cuda.

Trzymajmy więc kciuki za tę trudną, wynikającą z wyższej konieczności koalicję, która nigdy nie musiałaby dojść do skutku, gdyby nie zły i zawistny prezydent rzucający kłody pod nogi miłującym ład i porządek altruistom z Platformy. Oby im się udało. Dzięki temu otrzymamy niezależne media zarządzane prawdziwie intelektualnymi, bo peowsko-lidowymi siłami i wreszcie nam wszystkim będzie dobrze się działo.

Ale to już było i nie wróci więcej [2008-02-29, 08:16:50]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Cezura to takie trudne słówko, którego dokładne znaczenie wolałem sprawdzić, żeby nie wyjść na kompletnego ignoranta. I chociaż definicja wydaje mi się być trochę na wyrost,  bo brzmi jednak zbyt górnolotnie, to jednak na swój sposób bardzo dobrze oddaje moje odczucia związane z decyzją Prawa i Sprawiedliwości w sprawie ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego - decyzji, która stała się pewnym punktem zwrotnym w moim postrzeganiu tej partii.

Nie chodzi mi tutaj nawet o samą kwestię referendum. Ani przez chwile nie łudziłem się bowiem, że gdyby takie się odbyło, to i tak jego wynik byłby z góry przesądzony. Trudno mi bowiem uwierzyć, by nagle jakimś cudem dominująca opcja polityczna nie przełożyła się na tak samo dominującą pozycje w mediach i przeciwnicy Traktatu Lizbońskiego mogliby na równych prawach przedstawiać społeczeństwu swoje racje. Od dawna bowiem nie mam wątpliwości, że dzisiejszym świecie można coś ugrać na większą skalę bez środków masowego przekazu.

Oczywiście nie oznacza to, że sam pomysł referendum uważam za zły. Byłoby ono na pewno przynajmniej jakąś namiastką debaty publicznej w tej sprawie i gdyby Prawo i Sprawiedliwość poparło pomysł jego przeprowadzenia nie musiałbym sprawdzać dzisiaj w słowniku znaczenia słowa cezura.

Tak jednak się nie stało i partia ta, na czele z premierem Kaczyńskim, w swej większości opowiedziała się za jego przyjęciem stawiając się dokładnie po tej samej stronie co Platforma Obywatelska i LiD.

To jednak nie wszystko, bo dodatkowo Prawo i Sprawiedliwość nie wykazało praktycznie żadnej chęci, by stanowisko swoje uzasadnić i przekonać swoich wyborców, że jest to decyzja słuszna.

Nie ukrywam bowiem, że sam mam mgliste pojęcie o zapisach Traktatu Lizbońskiego i konsekwencjach jego przyjęcia i muszę zgodzić się z premierem Tuskiem mówiącym mniej więcej, że treść Traktatu słabo znają sami parlamentarzyści, a co dopiero zwykli obywatele. Jest to jednak zwykły truizm, bo ten konkretny przypadek w niczym nie różni się od innych, które były przedmiotem referendów. Tak było w sprawie Konstytucji czy akcesji do UE i nie ma podstaw przypuszczać, by mogło być inaczej teraz. Jest więc to argument niewątpliwie prawdziwy, tym niemniej obłudny i cyniczny.

Dlatego też mam pretensje do PiS nie tyle o nieudzielanie poparcia pomysłowi referendum, co kompletną bierność tej partii w sprawie uzasadnienia swojego stanowiska.

Być może bowiem, wbrew temu co mi się wydaje, Traktat Lizboński jest wspaniałym rozwiązaniem dla Polski sprawiającym, że nasz kraj faktycznie staje się częścią perspektywicznego projektu zapewniającego mu silną pozycję w Europie. Nie wierzę w to specjalnie, ale od czasu do czasu bywam otwarty na racje innych i wbrew temu co twierdzi moja żona uważam, że odpowiednio argumentując można mnie do swoich poglądów przekonać.

Nie dano mi jednak nawet tej szansy. Po prostu stwierdzono zgodnie, że ratyfikujemy Traktat i hip, hip hura będzie wspaniale, demokracja über alles, o radości iskro bogów, peace on earth, tralala.

Nie, to dla mnie zdecydowanie zbyt dużo.

Dlatego też, panowie Kaczyńscy, to co stało się wczoraj spowodowało, że straciliście sympatyka, który często bezkrytycznie wierzył, że Polska racja stanu jest dla was priorytetem. Nie zrobiliście bowiem nawet nic, by swoją kontrowersyjną decyzję o ratyfikacji Traktatu uzasadnić.

I chociaż podświadomie wiem, że jeżeli nie będzie jakiś drastycznych przetasowań na naszej scenie politycznej, to na zasadzie mniejszego zła pewnie poprę was w kolejnych wyborach, to jednak wczoraj coś się skończyło i mój entuzjazm gdzieś prysł. Wątpię, by to się z powrotem zmieniło.