Minister Hall kopie dołki pod Tuskiem [2008-02-26, 08:19:30]

marzec 13, 2008 by dzierzba

W wywiadzie udzielonym niedawno tygodnikowi „Polityka” premier Tusk stwierdził, że przygląda się ministrom swojego rządu i planuje zmiany w jego składzie. Pierwsza rekonstrukcja ma mieć miejsce w sierpniu, ale nie wiadomo jeszcze kogo będzie dotyczyć, bo na ten moment premier ma pełne zaufanie do każdego członka swojego gabinetu.

Jest to podejście dość ciekawe, ujawniające nadnaturalną zdolność premiera do widzenia z wyprzedzeniem tego co się zdarzy i to na dodatek do pewnego konkretnego terminu. Naprawdę robi wrażenie.

Oczywiście Donald Tusk dysponuje większą liczbą danych na temat swoich ludzi i może po prostu wie, że taki na ten przykład Grzegorz Schetyna maksymalnie dziesięć  miesięcy daje radę uczciwie pracować i po takim okresie czasu lepiej dać mu inną posadę. Naprawdę nie wiem i nie chcę nawet wnikać. Ważne, że ministrowie mają do sierpnia czas, by podpaść Tuskowi.

Przypomniałem sobie o tym dzisiaj, gdy przeczytałem streszczenie wywiadu, którego dziennikowi „Polska” udzieliła minister edukacji Katarzyna Hall. Stwierdza tam nie mniej ni więcej, że „nauczymy myśleć i wyciągać wnioski.”

Jeżeli to prawda, a nie mam powodu powątpiewać w słowa właścicielki komponowanej na garnku fryzury, to można przypuszczać, że dni nowego Giertycha są policzone.

Zakładając bowiem, że da radę dokonać wyczynu tego ambitnego do wyborów prezydenckich i tak wyedukowana młodzież będzie miała wtedy czynne prawo wyborcze, może fatalnie pokrzyżować prezydenckie ambicje swojego pryncypała. Łatwo bowiem sobie wyobrazić co się stanie, gdy do urn pójdą myślący i wyciągający wnioski młodzi obywatele…

Tak więc, gdybym miał obstawiać z którym ministrem w sierpniu się pożegnamy, stawiałbym właśnie na panią Katarzynę Hall.

Premier ma naprawdę szczęście, że sama minister edukacji tak paskudnie i naiwnie swój brak lojalności i chęć pokrzyżowania jego prezydenckich ambicji w niby zwyczajnym i niewinnym wywiadzie zdemaskowała.

Nie da się ukryć tarczy i czoła* [2008-02-25, 14:50:07]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Myślę, że najwyższy czas oswajać się z myślą, że proamerykański rząd Platformy Obywatelskiej nie doprowadzi jednak do powstania na terenie cudem przez sztab kryzysowy przed odłamkami szpiegowskiego satelity ocalonej  Rzeczpospolitej amerykańskiej tarczy antyrakietowej.

Zależnie od punktu widzenia jest to informacja dobra bądź zła. Dobra dla tej lewicującej części  elektoratu Platformy, która wie nie tylko, że Macierewicz ma złe spojrzenie i zatrudnia harcerzy, ale też sama troszczy się o Polskę tak bardzo, że bazując na wieloletnim doświadczeniu własnym pamięta, iż podstawą bezpieczeństwa i szczęścia osobistego jest robienie tego, co Rosja nam powie.

Zła natomiast dla konserwatywnego skrzydła PO, które ponoć istnieje oraz dla sporej części popierających PiS z tym jednak zastrzeżeniem, że to oszołomy i im się tylko wydaje, że tarcza w świecie pełnym miłości może mieć w ogóle znaczenie.

Jakkolwiek więc na problem patrzeć wychodzi na to, że nadwiślański ludek w swej kolektywnej większości ucieszy się na wieść, że dumni Polacy nie sprzedali się za grosze imperialistycznym Amerykanom.
A że faktycznie nie zamierzają tego zrobić  wynika moim zdaniem ze słów Premiera Miłości ™, którył rzekł dzisiaj w radiowych „Sygnałach Dnia”: “Powiem bardzo poważne słowa, ale nie widzę powodu, aby ukrywać to przed opinią publiczną: to nie jest tak, że instalacja będzie na pewno, a my może się doprosimy jakichś warunków. Albo będą nasze warunki i postulaty uwzględnione - w stopniu który podlega negocjacjom - albo nie będzie tej tarczy”.

Być może się mylę, ale moim zdaniem można odebrać to jako tak zwane przygotowanie gruntu pod wyjaśnienia jak to się stało, że nie dogadaliśmy się z Wujem Samem w sprawie postawienia na terenie Rzeczpospolitej tak niechętnie przez Rosjan tu widzianych niebezpiecznych zabawek.

Zupełnie szczerze - naprawdę chciałbym się mylić i już niedługo wirtualnie kajać się, a wręcz odszczekiwać to co dzisiaj napisałem i posypując głowę popiołem przyznać, że warto było twardo z Amerykanami negocjować. Oby tak się stało.

Tym niemniej na ten moment, opierając się na bardzo subiektywnych, przesyconych niechęcią do Tuska i jego ekipy uczuciach, widzę to właśnie w ten sposób, że rząd przygotowuje się do odpowiedniego „sprzedania” społeczeństwu informacji, że negocjacje zakończyły się fiaskiem.

Co ciekawe, raczej zupełnie niepotrzebnie się trudzi, bo rozumny elektorat Platformy w większości swej albo już jest przeciwko tarczy, albo jeszcze nie wie do końca, jak człowiek inteligentny kwestie bezpieczeństwa powinien rozumieć i chętnie przyjmie do wiadomości, że od początku o to właśnie chodziło. Trudno jest mi po prostu uwierzyć, że rząd odpowiednimi badaniami w tej sprawie nie dysponuje.

Zakładając więc wariant z mojego punktu widzenia dla Polski pesymistyczny (bo co mi z satysfakcji, że miałem rację) i faktycznie projekt tarczy antyrakietowej jest już uwalony, to w tych całych przygotowaniach do racjonalnego sprzedania mediom tego faktu o inną grupę docelową niż młoda i dynamiczna inteligencja musi chodzić.  Ta przecież tradycyjnie łyknie wszystko, co któryś dyżurny autorytet w tej sprawie powie i jest to raczej nie wiedza tajemna, a raczej tajemnica poliszynela. Dla kogo więc ta cała szopka? Czyżby jednak dla PiS?

Znaczyłoby to, że nie jest najgorzej i Donek wie, że cuda cudami, ale jednak jest jeszcze jakaś opozycja w tym kraju i trzeba się liczyć z tym, że wpływy WSI konkretnie ograniczone nie pozwalają już na to, by przy znikomym nakładzie pracy, czarując tylko w telewizorze pozwalać sobie na kompletną swawolę. Znaczyłoby to również, że Amerykanie naprawdę chcą tej tarczy i ich wpływy w tej części Europy nie do końca jeszcze zostały utrącone.

Brzmi przesadnie optymistycznie? Zapewne. Sam doskonale widzę, że strasznie naciągane to rozumowanie. Ale chyba wolno mieć jakąś cichą nadzieję? Szczególnie, że Czesi jeszcze w tym tygodniu finalizują umowę w sprawie tarczy w Waszyngtonie. Może więc jednak nie wszystko jest stracone?

*Przysłowie abisyńskie (średnio pasujące, ale co tam, brzmi uczenie ;-))

Premier dziękuje Radiu Maryja [2008-02-25, 08:48:30]

marzec 13, 2008 by dzierzba

No tak. Wreszcie minęło sto dni rządu miłości Tuska i Pawlaka, której owocem jest wysokie, ponad pięćdziesięcioprocentowe zaufanie społeczne. To bardzo optymistyczna wiadomość, bo świadcząca  o tym, że wystarczy odpowiednio dobierać akcenty w medialnych serwisach, a już lud nadwiślański cieszy się i raduje.

Szkoda, że nie wiedział o tym rząd Jarosława Kaczyńskiego, a szczególnie nie wziął sobie do serca słów Kissingera, że polityk, który idzie na wojnę z mediami, ma prawo napisać na swej wizytówce jedno słowo: idiota. Wprawdzie amerykański laureat Pokojowej Nagrody Nobla nie wyjaśnia, co ma zrobić polityk z którym media idą na wojnę i czy jego wizytówka również zasługuje na taki wpis, ale nie bądźmy zbyt drobiazgowi przyjmując, że liczą się skutki, a nie intencje. Najistotniejsze, że nowy premier o wielkim sercu i pełen osobistego ciepła wie, że przyjazne środki masowego przekazu są podstawą bezstresowego prowadzenia wirtualnej polityki miłosnych obietnic.

Obserwując w miarę na bieżąco ten trwający znacznie dłużej niż okrągłe sto dni radosny spektakl serdecznego poklepywania się po plechach niezależnych dziennikarzy z altruistycznymi politykami obecnie rządzącej ekipy, z rzadka tylko przeplatany zawistnymi uwagami opozycji sądziłem, że przesympatyczny i roztropny premier z Gdańska również tak to postrzega.

Z wielkim zdziwieniem przyjąłem więc jego słowa: „Proszę o więcej niezależnych i krytycznych sądów, bo przyznaję się także tutaj, przed Polakami - bez tej krytyki, tego twardego nastawienia opozycji nie bylibyśmy pewnie w stanie nieustannie kontrolować siebie samych tak skutecznie, jak do tej pory. Być może sami nie narzucilibyśmy sobie takiego tempa, jakie narzucają nam w imieniu Polaków niezależne media, niezależne ośrodki i partie opozycyjne.”

Mam tutaj na myśli szczególnie ostatnie zdanie i fragment poświęcony niezależnym mediom, bo długo głowiłem się, które to konkretnie premier nasz spracowany w kontekście niezależnych i krytycznych sądów może mieć na myśli.

Gazetę Wyborczą? TVN? Czy może TOK FM, by wspomnieć również o tych raczej niszowych? To raczej niemożliwe. W końcu jest realistą o otwartym na ludzi sercu i nie mógłby być tak cyniczny. W takim razie może publiczną telewizję i radio? Też niespecjalnie. Co więc pozostaje? Chyba tylko Radio Maryja, Telewizja Trwam i Nasz Dziennik, które na 100 procent nie pozytywnie nastawione do miłościwie nam panującego rządu cudaków. Piszę chyba, ponieważ wbrew powszechnej opinii o człowieku zbyt ograniczonym, by popierać PO albo chociaż LiD, niespecjalnie często śledzę okołorydzykowe media i pewności mieć nie mogę.

Tym niemniej wiem i bez tego, że mediom tym brakuje obiektywizmu i niekoniecznie polskiego, ale mimo wszystko patriotyzmu i nie czując konieczności dziejowej, atakują najbardziej rozkochany, a nie rozmodlony rząd w historii Rzeczpospolitej na pewno nie numer cztery.

Wspaniale więc wiedzieć, że premier Tusk dostrzega wagę krytyki, którą serwują mu związane z Ojcem Rydzykiem środki masowego przekazu.

Ciekawe tylko, jak czuje się sam Ojciec Dyrektor teraz już wiedząc, że tak stymulująco na wnuka żołnierza Wehrmachtu jego medialna machina działa ;-)

Antoni M. jednoczy ponad podziałami [2008-02-21, 08:32:03]

marzec 13, 2008 by dzierzba

Drogi pamiętniczku!

Nie pisałem kilka dni, bo żyłem w wielkim stresie i myśli moje rozbiegane nie mogły się zebrać nie tylko po to, by wyartykułować się na papierze, ale nawet tylko w tym celu, by wyrazić swą radość, że już sto dni ludzie rozumni nami rządzą.

Wszystko przez tego cholernego satelitę, który tak fruwa sobie bezpański i nie wiadomo, czy nie spadnie na mój domek zanim sztab kryzysowy zdąży zadzwonić i powiedzieć: „Hola, hola! Uciekajcie obywatelu! Imperialistyczny wynalazek szpiegowski zaraz bum w obejściu waszym niechybnie zrobi!”
Nic nie poradzę bowiem na to, że jakoś nie ufam kompetencjom ekipy cudaków w sprawach z czymkolwiek innym niż autopromocja związanych i satelita-widmo serce moje tak trwoży. Na szczęście dzisiaj udało mi się jakoś pozbierać i myśli w obszary teoretycznie spokojniejsze skierować.

Cóż to w kraju naszym twardą ręką konserwatywnych liberałów reformowanym się nie dzieje! Trybunał Stanu będą powoływać! Oczywiście w sprawie Antoniego Macierewicza, wroga podstawowego i sprawdzonego.
Miło jest patrzeć, jak zgodnie z powiedzeniem „zgoda buduje, niezgoda rujnuje” elity nasze polityczne - od LiD poprzez PSL po PO - zgodnie oburzenie święte na działania Szefa Kontrwywiadu Wojskowego kierują. Wprawdzie niespecjalnie można go przed Trybunałem Stanu postawić, ale przecież liczą się intencje i wspaniale widzieć, że patrioci z lewa do prawa wspólnym celem połączeni odrzucają precz wszelkie waśnie, spory i jak jeden mąż ojczyznę przed złym Antonim chcą chronić.

Bo że złym jest on człowiekiem nie ulega najmniejszej wątpliwości - wystarczy spojrzeć na te oczy czujne, co zamiast miłością się przepełnić i jeżeli już nie wzorem Beaty Sawickiej łzami broczyć, to chociaż romantycznie się rozbiec, podejrzliwie tylko otoczenie lustrują. Przyznacie, że każdy by się zdenerwował.
Co dopiero elity nasze, które tyle serca i troski wkładają w to, by miłość między Polakami zapanowała. Nie oszukujmy się - Macierewicz po prostu do koncepcji wirtualnego parku tematycznego „Irlandia Zwei” nie pasuje i powinno być nam przykro, że sam tego nie widzi i jątrzy, judzi, raporty nie na temat przygotowuje.

Och, gdyby sam odszedł, albo chociaż z Michałem Bonim, któremu sam premier przecież zaufał, swoje kroki konsultował. Ale on nic.

Nie dziwmy się więc, że wcale nie stojący po tej samej stronie co ZOMO, identycznie jak Amerykanie satelitę szpiegowskiego, odstrzelić chcą zgodnie pana Antoniego. Chyba, że ten wreszcie zrozumie, że w życiu najważniejsza jest nie władza, lecz miłość, a Polacy uwierzyli w jasną stronę życia i sam się zneutralizuje. Nawet wtedy niech jednak na cuda nie liczy, bo nie jest z właściwej opcji, by zasłużyć na miano beatyfikowanego.

Tezy do dzisiejszego orędzia [szkic] [2008-02-17, 09:11:57]

marzec 13, 2008 by dzierzba
W sprawie utrzymującego się wysokiego poparcia społecznego:
Każdy cud musi znaleźć wytłumaczenie, inaczej jest nie do zniesienia. [Karel Čapek]

W sprawie braku projektów ustaw:
Największe cuda powstają w największej ciszy. [Wilhelm Raabe]

W sprawie opozycji:
Dla tych, którzy nie potrafią się dziwić, nie ma cudów.  [Marie von Ebner-Eschenbach]

W sprawie posła Palikota:
W każdym z nas drzemie pewna niezbadana sfera, która, jeśli dojdzie do głosu, jest w stanie czynić cuda. [Paulo Coelho]

W sprawie działań ministra Ćwiąkalskiego i J. Pitery:
Bezsilna wściekłość dokonuje cudów. [Stanisław Jerzy Lec]

W sprawie problemów służby zdrowia:
Jeśli już mam wierzyć w coś, czego nie widać, to wolałbym wierzyć w cuda niż w bakterie. [Karl Kraus]

W sprawie wielkomiejskiego, młodego, wykkształconego, dynamicznego i dobrze zarabiającego  elektoratu PO:
Inteligencja jest tą przyprawą, która z najpospolitszych rzeczy robi cuda. [Maria Dąbrowska]

Tezy jako nieadekwatne za namową doradców wykreślone:

Byłem świadkiem cudu, a jednak zastanawiałem się, czy przypadkiem nie tędy właśnie przechodzą na „tamtą stronę” wszyscy wariaci. [Jonathan Carroll]

Wielu kupowało i sprzedawało omamy i fałszywe cuda, oszukując głupią tłuszczę. [Leonardo da Vinci]

Puenta:

Miłość jest jak mydło, ubywa jej przy używaniu. [anonim]

Łorsoł, we’ve got a problem [2008-02-16, 08:38:58]

luty 16, 2008 by dzierzba

Gdybym miał wymyślić coś bardzo absurdalnego, coś przy czym wymiękłyby nawet zapamiętane z wydawanych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku „Skandali” drzewa-mutanty zjadające wieśniaków w Kambodży, nie wpadłbym chyba na siejącego strach satelitę-widmo. Owszem, może nawet rozważałbym coś w tym stylu, ale odrzuciłbym pomysł jako zbyt głupawy.

Okazuje się jednak, że bezpański satelita jest faktem i naprawdę istnieje szansa (pewnie jak jeden do miliona), że spadnie na terytorium Polski. Jeżeli tak się stanie, powstały krater proponuję otoczyć murem i napisać, że jest to nasz wkład awansem w tworzenie nowych odcinków Monthy Pythona. Obiecuję też, że sam co roku będę tam pielgrzymował.

Najważniejsze jednak jest to, że powinniśmy podziękować braciom Amerykanom za zbłąkanego satelitę, który doskonale pełni rolę balona próbnego pozwalającego zmierzyć stopień zidiocenia społeczeństwa polskiego. Jeżeli wiedzą już, a raczej muszą, że z jego powodu powołaliśmy sztab kryzysowy, a główne serwisy informacyjne zaczynały się od tego doniesienia i ponoć poważni politycy z rządu i opozycji na serio o tym deliberowali,  to muszą pomyśleć, że w kraju nad Wisłą ewidentnie coś jest nie halo.

Jeżeli jeszcze dodadzą do tego, że mieli w planach postawić elementy tarczy antyrakietowej w państwie jak żywcem wyciętym z pure nonsensowej komedii, to sens wizyty w USA Wielce Czcigodnego Tuska stoi pod dużym znakiem zapytania.

Tłumaczenia, że ten satelita był prawdziwym zbawieniem spadającym nam z nieba, bo dzięki niemu ludzie nie zawracali sobie głowy sporem z Eureco czy limitami przyjęć na aplikacje prawnicze, a to tak poza tym jesteśmy poważni i przewidywalni, mogą napotkać na brak ich zrozumienia. Bowiem żarty żartami, Amerykanie też przecież kochają wszelkie show, ale do ch..a wafla są pewne granice jaj sobie robienia.

Dlatego uważam, że Donald Tusk powinien przesunąć w czasie wizytę w Stanach Zjednoczonych i najlepiej jeszcze dzisiaj ogłosić, że grożący Polsce Armagedonem satelita amerykański był przedmiotem tajnej części jego rozmów z Putinem i Rosjanie są gotowi nas przed nim bronić instalując na naszym terytorium za darmo tarczę antysatelitową.

Joachim Brudziński powie, że to absurd, Tadeusz Iwiński że zawsze warto rozmawiać, powoła się komisję w tej sprawie i miesiąc zleci, jak z bicza strzelił.

Moim zdaniem to całkiem prawdopodobny i jak na nasze warunki sensowny scenariusz działań.
Proszę, niech tak będzie, słowa złego onie powiem, nawet się nie skrzywię. Uważam się bowiem za uodpornionego, bo po wczorajszym dniu już chyba tylko kobieta z brodą może mnie zdziwić.

Cała nadzieja w emigrantach [2008-02-15, 08:29:28]

luty 15, 2008 by dzierzba

Nie przepadam zbytnio za programami prowadzonymi przez pana Jana Pospieszalskiego.  Nie potrafię do końca sprecyzować co mi w nich nie pasuje, bo chociaż wiele razy się nad tym zastanawiałem, odpowiedź nie jest tak oczywista, jak w przypadku Jacka Żakowskiego czy Janiny Paradowskiej, którzy  mlaskają, sapią i szeleszczą do mikrofonu. A tego na pewno o Janie Pospieszalskim nie można powiedzieć.  Musi być to cokolwiek innego i przepuszczam, że może brakuje mi u Jana Pospieszalskiego ciętego poczucia humoru. Naprawdę nie wiem.

W każdym razie jest coś co sprawia, że na „Warto Rozmawiać” nie czekam z przesadnym utęsknieniem i program ten oglądam bardzo sporadycznie.

Tak samo było i wczoraj, gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na samą końcówkę wystarczająca długą, by chyba prawidłowo zrozumieć, że rozmawiano o emigracji zarobkowej i wynikającej z niej negatywnych skutkach dla „osieroconych” rodzin.
Niewątpliwie jest to temat ciekawy i na czasie, mnie jednak przypomniał o czymś zupełnie innym.

Sam mam kilku znajomych, którzy zostawiając żonę i dzieci wyjechali zarabiać pieniądze do Irlandii-Jeszcze-Numer-Jeden i Anglii.

Tak się nawet złożyło, że w ostatnią niedzielę spotkałem kolegę, który zdecydował się wrócić. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak bardzo on się zmienił! Gdy wyjeżdżał trzy lata temu nie znał w ogóle angielskiego i mówił, że jedzie tam mieszać cement, bo jest za głupi by robić cokolwiek innego.

Teraz stał przede mną pewny siebie facet twierdzący, że ponieważ szybko nauczył się języka i zna się na swojej pracy już po ponad roku awansował i był może nie prawą ręką szefa, to na pewno solidnym fachowcem, do którego ten miał pełne zaufanie. Zniknęła gdzieś zupełnie dawna nieśmiałość i patrząc na niego nie mogłem w to uwierzyć, bo w niczym nie przypominał znanego mi od najmłodszych lat Adama.

Dotarło do mnie wtedy, że podobnie będzie przedstawiać się sytuacja znacznej części młodych ludzi, którzy tam wyjechali za chlebem. Przywiozą nie tylko pieniądze, ale też coś bardziej nawet cennego niż one, cenniejszego nawet niż doświadczenie. Mianowicie niezmąconą pewność siebie bez której przecież trudno cokolwiek w życiu osiągnąć.

Co z tego wynika. Załóżmy, że wyjechało z Polski ok. 2 milionów ludzi i z tej liczby wróci tylko 10% ludzi pokroju mojego znajomego Adama, którym dzięki wytrwałości, szczęści i jakimś tam cechom charakteru tam się udało. Niech nawet będzie, że wróci  tylko 5% osób o takim nastawieniu. To i tak sporo.

Przyjadą do Polski i usłyszą, że projekt ustawy znoszącej podwójne opodatkowanie jest gdzieś głęboko w pękającej od wizjonerskich ustaw szafie, że ten miły pan co kiedyś na konferencji machał sztucznym penisem i pistoletem teraz stojąc na makulaturze mówi, że zlikwiduje 150 absurdów w polskim prawie, że lepiej żeby dorastająca córka wybiła sobie z głowy adwokaturę, bo raczej nigdy nie będzie przeciętnego obywatela stać na stosownej wielkości łapówę, że nie ma reformy podatków, że służba zdrowia, że laptopy w wannie, że mamy kampanie prezydencką, że najlepiej gdyby zamówili kolekcję „Czterech Pancernych i psa”, „Alternatyw 4″ i zabierając ze sobą na szczęście kamyk z Zielonej Góry spakowali się i wrócili na Wyspy, gdzie umilając sobie czas lekturą Gazety Wyborczej szczęśliwie lepszych czasów w Polsce poczekali.

Co może powiedzieć wtedy taki statystyczny emigrant? Pomijając to, że zdanie zacznie od „fok!”, a nie swojskiego „k….a!”, może być bardzo niezadowolony. Może zdarzyć się tak, że czar Donka zrobił dobrze  emigracji zarobkowej tylko przez chwilę i ta jest odporna na socjotechniczne zabiegi, bo chociaż była daleko, to teraz ogląda Polskę z innej, niezniekształconej przez ekran telewizora perspektywy.

I wtedy może stać się tak, że ci pewni siebie ludzie zaczną wiercić, zadawać pytania. A że jest ich całkiem sporo może się okazać, że ich głos to nie jest jakieś popiskiwanie pielęgniarek, ale konkretne i doniosłe wydzieranie.

Oby tak było i ciekawe, co wtedy się stanie.

Zupełnie niewiarygodna teoria spiskowa w biało-czerwone pasy [2008-02-14, 10:47:33]

luty 15, 2008 by dzierzba

- Źle się dzieje w państwie Irlandzkim Endrju.

- O czym ty do mnie rozmawiasz, hę?

- Takie nawiązanie do klasyki, rolniku ty mój siłą od pługa oderwany. Myślałem, że jak już wlazłeś na salony, to coś tam wiedzy liznąłeś.

- Ty mi tu głowy nie zawracaj, tylko nawijaj o co ci chodzi. Wmieszaliście mnie w seks afery, z sejmu wytryniliście, same kłopoty. Myślisz że brylantynę tylko mam na głowie?

- Ja właśnie o tym Endrju drogi. Wiesz, że ja elektorat mam inteligencki, może niekoniecznie oczytany, ale w większości piśmienny. I ty dla niego złem jesteś wszelakim -  prymitywnym i ucieleśnionym.

- Ja? To Kaczor już nie wystarcza? Mało to my mu koło pióra narobili? Mnie zaś w to chcesz mieszać? Ani mi się śni.

- Właśnie w tym problem, że z Kaczorem nie do końca wypaliło. Parę wpadek mieliśmy. Julka się spaliła z raportem nie gorzej niż jej wozik, a w laptopy rozwalane młotkiem to już nawet najgłupsi z inteligencji naszej dzielnej wierzyć nie chcą. Jednym słowem wroga nam trzeba nowego, ale starego - sprawdzonego i zaufanego.

- I to niby ja mam być?

- No, swój człowiek jesteś. Nie wierz w to co mówią, że wy trzeci sort towarzyszy byliście. Rolę swoją dobrze wypełniałeś, a z taką gębą to i tak nigdy inteligenta Helsińskiej Fundacji byś nie zagrał. He, He.

- Nie pozwalasz se aby za wiele, co?

- Ciesz się, że miło się skończyło, bo plany były, żeby spektakularnie cię spuścić w niebyt. Mojej przenikliwości zawdzięczasz tylko, że bez więzienia się obyło.

- Ty mi tu bzdur nie opowiadaj, bo dobrze wiesz, że niejedno mogłem opowiedzieć. Takie taśmy prawdy bym wam zrobił, żeby się wam inteligenciki geszeftów na długo odechciało.

- Nie kłóćmy się o detale. Ważne, że zobowiązania masz i o nich pamiętaj. Ja tu jeszcze trochę rządze, więc nie strasz, bo jak się uprę, to cie nawet telewizja Trwam nie przygarnie i w kiciu na ścianie miedzianą łyżeczką będziesz  wyskrobywał swoje żale. Wole jednak po dobroci, z interesem w końcu przychodzę.

- Czyli co? Wracam do zabawy? Chłopów skrzyknąć? Poblokować drogi?

- No widzisz, bystry jesteś. Ja spokoju trochę potrzebuje, protestów kontrolowanych. Nie jakichś spontanicznych nawalanek, co ich się nie da już przemilczeć. Więcej w zaprzyjaźnionych stacjach czasu antenowego niż Owsiak ze swoją orkiestrą całą dostaniesz.

- Więc znowu mam być ten zły, co się go człowiek wykształcony brzydzi, reformy blokujący warchoł, przeszkoda na drodze do cudu i Irlandii nad Wisłą?

- Coś w tym stylu. Sam sobie możesz wybierać do woli. Świńskie górki, kurze dołki,  mnie to rybka. Ma być hucznie i prymitywnie, żeby na jakiś czas mi spokój z cudami dali. Dużo o krwiopijcach liberałach co już rządzili se pogadasz. Z Waldim rozmawiałem, możesz sobie też po nim pojechać, że zdradził polskiego rolnika, że panisko wielkie się zrobił. Używaj sobie do woli. Skończysz, jak ci powiem. Coś dostaniesz, a my sukces odtrąbimy.

- No dobra, a co niby konkretnie za to dostanę?

- No, do polityki wielkiej wrócisz jak nowonarodzony. Długi pospłacasz. Zobaczysz, będziesz zadowolony.

- Nie będzie targania po sądach?

- Tylko straszenie. Nic więcej. Trochę podymisz w prajm tajmie, a jak się temat znudzi, to może czas na konserwatywne odrodzenie nastąpi i Jasio Marysia do łask będzie przywrócony? No wiesz, wypaczenia, popełniliśmy trochę błędów, tralalala.

- Jak to? On?

- No, na twoim tle intelektualny aspekt jego powrotu będzie jeszcze bardziej podkreślony. W końcu za to nas kochają.

- A nie mógłbym tak chociaż trochę w lepszym świetle być przedstawiony?

- Wybij sobie to z głowy. Taki jesteś idealny, antyinteligencie ty mój buraczany. No już, zbieraj się na solarium, zboże do rozsypywania szykuj. Śpiesz się, masz tylko parę dni, bo my na tych ocenach z religii na świadectwach maturalnych już  ledwo-ledwo uwagę elit naszych skupiamy.

Cudowna dewaluacja cudu [2008-02-12, 07:50:43]

luty 15, 2008 by dzierzba

Przeglądając różnego rodzaju fora internetowe oraz grupy dyskusyjne, zaobserwować można ciekawe zjawisko ewoluowania poglądów młodej i dynamicznej inteligencji, która oddała swój głos na PO.

Zmiana ta nie dotyczy samego nastawienia do zwycięskiej partii, które cechuje się nadal wysokim poziomem ufności i zrozumienia, ale raczej podejściem do przedwyborczych deklaracji.

Pamiętam bowiem doskonale swoje zdziwienie, że kampanijny slogan Platformy o cudzie nie wywołuje powszechnego, jeżeli nawet nie kpiącego, to przynajmniej ironicznego uśmieszku i ponoć inteligencki elektorat tej partii tak ochoczo go ‘kupuje’.
Pomijam już samą perfidię konstrukcji hasła „Polska zasługuje na cud gospodarczy”, która skupia całą uwagę na wyrazie „cud” marginalizując wyraz ostatni, co moim zdaniem na taki właśnie efekt było obliczone; chodzi mi bowiem bardziej o samo użycie przez ponoć poważną, konserwatywno-liberalną partię jako motta swojej kampanii nadnaturalnych odwołań, co  od samego początku zakrawało dla mnie na ostrą groteskę.

Okazało się jednak, że nie mam racji, bo jeżeli nawet bon mot ten nie przyczynił się do zwycięstwa, to na pewno w żadnym stopniu jego rozmiarów nie pomniejszył.

Gdy trwała kampania, w okołointernetowych dyskusjach zwolennicy Platformy podkreślali, że pełne brzmienie hasła o cudzie dotyczy właśnie gospodarki i tym samym ucinali argumenty sceptykom, bo nawet ci nie mogli przecież zaprzeczyć, że w sensie logicznym cud gospodarczy niczym złym ani niemożliwym na pewno nie jest.
Nieśmiałe głosy temat drążących, że wyżej już chyba nie można postawić sobie poprzeczki i nawet przedwyborcze obiecanki powinny być chociaż odrobinkę urealnione, raczej nie znajdowały zrozumienia i to u żadnej ze stron sporu.
Panował pełen optymizm i wiara, że PO jest partią kompetentnych fachowców, która zrobi porządek z bałaganem zastanym po rządzie PiS.
To, że taki panuje nie podlegało oczywiście żadnej dyskusji, bo (upraszczając) wiedział  o tym każdy faktyczny i tylko zadeklarowany czytelnik Wyborczej, a potwierdzano mu to dodatkowo co chwilę nie tylko w Szkle Kontaktowym.
Gdy dodatkowo weźmie się pod uwagę, że publiczna deklaracja poparcia dla Kaczyńskiego traktowana była nieomal jak puszczenie bąka w windzie, nie sposób dziwić się tak bezrefleksyjnemu przyjmowaniu za dobrą monetę wszystkiego, co obiecywali ludzie z PO.

Tak właśnie - hura-optymistycznie - zakończył się prolog do rządów Donalda Tuska i pod względem nastrojów niewiele się dzisiaj zmieniło. Zaszła jednak pewna, moim zdaniem diametralna zmiana.
Mianowicie taka, że teraz nawet samo wspominanie o cudzie traktowane jest jako coś niestosownego czy wręcz małostkowego. To, co do niedawna było normalnym, realistycznym hasłem zwiastującym może tylko trochę na wyrost dobrobyt,  stało się czymś nieomal wstydliwym, o czym po wygranych wyborach wręcz nie wypada wspominać.

Nie jest oczywiście żadną tajemnicą, że przyczyną tego stanu rzeczy jest nie tyle zmarnowanie czasu, który od początku trzeba było na reformy przeznaczyć*, co raczej brak faktycznego do nich przygotowania.
I właśnie na tym tle niezmiernie ciekawie przedstawia się podejście do pojęcia cudu dotychczasowych jego (nie bójmy się tego słowa) wyznawców. Okazuje się bowiem, że oni od samego początku traktowali ten slogan z przymrużeniem oka i jasne było dla nich cały czas, że jest on tylko pewnym zabiegiem słownym, a już na pewno nie powinien być traktowany dosłownie.

Owszem, nadal pojawiają się jeszcze czasem głosy, że można rozumieć cud gospodarczy jako nawiązanie do Irlandii czy Estonii, ale są one raczej nieśmiałe i wydaje się, że jest to tylko preludiom do ostatecznej, już powoli obowiązującej, kanonicznej interpretacji. Takiej mianowicie, że hasło „Polska zasługuje na cud gospodarczy” było od początku  obliczone na mało rozgarnięty elektorat Samoobrony czy PiS, by ten łapiąc się na jego celowo populistyczny blichtr poparł Platformę i przyczynił się do jej zwycięstwa! I ciąg dalszy w stylu: Bowiem dla każdego inteligentnego człowieka cały czas było jasne, że cel uświęca środki i priorytetem było odsunięcie od władzy szkodliwej dla Polski partii braci Kaczyńskich!

Że też ja na to od razu nie wpadłem! To znaczy wpadłem, z tym jednak zastrzeżeniem, że fakty zdają się przeczyć temu, że dostrzegały to również osoby tak dzisiaj twierdzące.
Co zabawniejsze, poglądy tych osób oczywiście nie ewaluowały, bo w domyśle, nawet gdy mówiono o podatku liniowym, JOW i tym podobnych duperelach, to osoby o IQ pozwalającym rżeć jak równy z równym z żartów serwowanych w ‘Szkle Kontaktowym’ wiedziały, że najpierw należy odsunąć Kaczyńskiego, a później się zobaczy. Nie ma więc mowy o odstąpieniu od programu, bo priorytetowe zadanie zostało osiągnięte i kropka.
To naprawdę genialne w swej prostocie i jestem przekonany, że niewiele krajów może pochwalić się tak bezrefleksyjnymi, odpornymi na fakty, tresowanymi przez media indywiduami.

Jakkolwiek by jednak nie było uważam, że jest to ciekawy temat na przynajmniej małą rozprawkę dla jakiegoś zajmującego się tematem zachowań społecznych socjologa. Oczywiście to żadna nowość, ale ten konkretny przypadek dewaluowania „tylko” hasła reklamowego wspaniale moim zdaniem pokazuje, jak stosunkowo małym kosztem, przy nie dającym natychmiastowych profitów zaangażowaniu mediów, udało się Platformie wychować wiernego wyborcę, który w swej masie bezrefleksyjny, przyjmie grzecznie wszystko, co przedstawi mu się za fakt.
Gdybym był cyniczny tak naprawdę i w głębi duszy, a nie tylko na papierze czasem, musiałbym pogratulować specjalistom od pijaru świetnej roboty. Ponieważ jednak czasem staram się dociekać prawdy i być uczciwym przynajmniej wobec siebie, muszę stwierdzić, że to nieprzyzwoite tak bezczelnie okłamywać ludzi. Nawet jeżeli są zwyczajnie naiwni czy wręcz głupi. Takich numerów się nie robi.

W tym miejscu w zasadzie mógłbym skończyć, ale wypada przedstawić jakieś wnioski. Sądzę, że przede wszystkim istotne jest to, że elektorat Platformy jest w znacznej części słaby, pozbawiony głębszej wizji, która pozwalałaby mu upatrywać w ukochanej partii czegoś więcej niż tylko narzędzia do poczucia się kimś lepszym. Tym samym jest też chwiejny i podatny na sugestie tych, którzy zaproponują mu tę samą ułudę ale w nowej i ciekawszej promocji. Czy PiS może to wykorzystać? Wątpię. Już prędzej SLD czy inne SDPL.
Bowiem nienawiść do partii Kaczyńskich jest zbyt silna i w powszechnym przekonaniu popieranie jej jest czymś bardzo wstydliwym, że wręcz niemożliwe jest, by cała ta masa podniesionych do rangi mistycznej inteligencji ludzi nagle rozejrzała się wokół siebie i powiedziała szczerze i od siebie: Ja pie…le, król Donek I jest nagi!

 

*Polecam wpis skxpl na ten temat.

Ludzie przestają myśleć, gdy przestają czytać* [2008-02-11, 08:40:48]

luty 15, 2008 by dzierzba

Jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości, czy aby na pewno niedawna wizyta premiera Donalda Tuska w Rosji była sukcesem, powinien dobrze się zastanowić.

Według opublikowanego dzisiaj przez ‘Dziennik’ sondażu TNS OBOP, aż 81% ankietowanych Polaków jest przekonanych, że premier dobrze zrobił jadąc do Moskwy, a tylko 11% jest przeciwnego zdania.

Ponieważ trudno uwierzyć, by plotka o ponoć załatwionej tam reaktywacji Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze mogła aż tak rozochocić rodaków, prawdopodobnie muszą być też inne tego przekonania powody.

Niewątpliwie nie bez znaczenia jest tutaj urok osobisty premiera, który w połączeniu z ciepłym uśmiechem i nienaburmuszonym sposobem bycia, skutecznie koi serca nadwiślańskich romantyków. Że przy okazji wyłącza im się rozum jest naturalnym efektem ubocznym i spierać się można, czy niepożądanym.

Jeżeli bowiem dodamy do tego wiarę nie tylko w cuda, ale też w samego właściciela prasłowiańskiego imienia Donald - dobrotliwie nam panującego premiera - wszystko staje się jasne.
Albowiem wiara, podobnie jak miłość, nigdy nie opiera się na rozumie** i wcale nie jest tak, że gdy ten śpi, budzą się demony.

Można więc spokojnie założyć, że przyczyna tak optymistycznej oceny wyjazdu premiera do Rosji w znacznym stopniu wynika z uczucia.

Gdy przypomnimy sobie, że nad Wisłą mieszka kilkadziesiąt tysięcy analfabetów, a prawie połowa Polaków nie rozumie tego, co czyta - wszystko staje się jasne.

Powtarzajmy więc zgodnie - Spotkanie Tuska z Putinem to wielki sukces, bo najważniejszy jest dialog.
I co mniej istotne, ale warte odnotowania - wcale nie trzeba umieć czytać żeby sobie pogadać.

 

*Denis Diderot
**Hermann Hesse