Archive for luty, 2008

Łorsoł, we’ve got a problem [2008-02-16, 08:38:58]

luty 16, 2008

Gdybym miał wymyślić coś bardzo absurdalnego, coś przy czym wymiękłyby nawet zapamiętane z wydawanych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku „Skandali” drzewa-mutanty zjadające wieśniaków w Kambodży, nie wpadłbym chyba na siejącego strach satelitę-widmo. Owszem, może nawet rozważałbym coś w tym stylu, ale odrzuciłbym pomysł jako zbyt głupawy.

Okazuje się jednak, że bezpański satelita jest faktem i naprawdę istnieje szansa (pewnie jak jeden do miliona), że spadnie na terytorium Polski. Jeżeli tak się stanie, powstały krater proponuję otoczyć murem i napisać, że jest to nasz wkład awansem w tworzenie nowych odcinków Monthy Pythona. Obiecuję też, że sam co roku będę tam pielgrzymował.

Najważniejsze jednak jest to, że powinniśmy podziękować braciom Amerykanom za zbłąkanego satelitę, który doskonale pełni rolę balona próbnego pozwalającego zmierzyć stopień zidiocenia społeczeństwa polskiego. Jeżeli wiedzą już, a raczej muszą, że z jego powodu powołaliśmy sztab kryzysowy, a główne serwisy informacyjne zaczynały się od tego doniesienia i ponoć poważni politycy z rządu i opozycji na serio o tym deliberowali,  to muszą pomyśleć, że w kraju nad Wisłą ewidentnie coś jest nie halo.

Jeżeli jeszcze dodadzą do tego, że mieli w planach postawić elementy tarczy antyrakietowej w państwie jak żywcem wyciętym z pure nonsensowej komedii, to sens wizyty w USA Wielce Czcigodnego Tuska stoi pod dużym znakiem zapytania.

Tłumaczenia, że ten satelita był prawdziwym zbawieniem spadającym nam z nieba, bo dzięki niemu ludzie nie zawracali sobie głowy sporem z Eureco czy limitami przyjęć na aplikacje prawnicze, a to tak poza tym jesteśmy poważni i przewidywalni, mogą napotkać na brak ich zrozumienia. Bowiem żarty żartami, Amerykanie też przecież kochają wszelkie show, ale do ch..a wafla są pewne granice jaj sobie robienia.

Dlatego uważam, że Donald Tusk powinien przesunąć w czasie wizytę w Stanach Zjednoczonych i najlepiej jeszcze dzisiaj ogłosić, że grożący Polsce Armagedonem satelita amerykański był przedmiotem tajnej części jego rozmów z Putinem i Rosjanie są gotowi nas przed nim bronić instalując na naszym terytorium za darmo tarczę antysatelitową.

Joachim Brudziński powie, że to absurd, Tadeusz Iwiński że zawsze warto rozmawiać, powoła się komisję w tej sprawie i miesiąc zleci, jak z bicza strzelił.

Moim zdaniem to całkiem prawdopodobny i jak na nasze warunki sensowny scenariusz działań.
Proszę, niech tak będzie, słowa złego onie powiem, nawet się nie skrzywię. Uważam się bowiem za uodpornionego, bo po wczorajszym dniu już chyba tylko kobieta z brodą może mnie zdziwić.

Cała nadzieja w emigrantach [2008-02-15, 08:29:28]

luty 15, 2008

Nie przepadam zbytnio za programami prowadzonymi przez pana Jana Pospieszalskiego.  Nie potrafię do końca sprecyzować co mi w nich nie pasuje, bo chociaż wiele razy się nad tym zastanawiałem, odpowiedź nie jest tak oczywista, jak w przypadku Jacka Żakowskiego czy Janiny Paradowskiej, którzy  mlaskają, sapią i szeleszczą do mikrofonu. A tego na pewno o Janie Pospieszalskim nie można powiedzieć.  Musi być to cokolwiek innego i przepuszczam, że może brakuje mi u Jana Pospieszalskiego ciętego poczucia humoru. Naprawdę nie wiem.

W każdym razie jest coś co sprawia, że na „Warto Rozmawiać” nie czekam z przesadnym utęsknieniem i program ten oglądam bardzo sporadycznie.

Tak samo było i wczoraj, gdy zupełnie przypadkiem trafiłem na samą końcówkę wystarczająca długą, by chyba prawidłowo zrozumieć, że rozmawiano o emigracji zarobkowej i wynikającej z niej negatywnych skutkach dla „osieroconych” rodzin.
Niewątpliwie jest to temat ciekawy i na czasie, mnie jednak przypomniał o czymś zupełnie innym.

Sam mam kilku znajomych, którzy zostawiając żonę i dzieci wyjechali zarabiać pieniądze do Irlandii-Jeszcze-Numer-Jeden i Anglii.

Tak się nawet złożyło, że w ostatnią niedzielę spotkałem kolegę, który zdecydował się wrócić. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak bardzo on się zmienił! Gdy wyjeżdżał trzy lata temu nie znał w ogóle angielskiego i mówił, że jedzie tam mieszać cement, bo jest za głupi by robić cokolwiek innego.

Teraz stał przede mną pewny siebie facet twierdzący, że ponieważ szybko nauczył się języka i zna się na swojej pracy już po ponad roku awansował i był może nie prawą ręką szefa, to na pewno solidnym fachowcem, do którego ten miał pełne zaufanie. Zniknęła gdzieś zupełnie dawna nieśmiałość i patrząc na niego nie mogłem w to uwierzyć, bo w niczym nie przypominał znanego mi od najmłodszych lat Adama.

Dotarło do mnie wtedy, że podobnie będzie przedstawiać się sytuacja znacznej części młodych ludzi, którzy tam wyjechali za chlebem. Przywiozą nie tylko pieniądze, ale też coś bardziej nawet cennego niż one, cenniejszego nawet niż doświadczenie. Mianowicie niezmąconą pewność siebie bez której przecież trudno cokolwiek w życiu osiągnąć.

Co z tego wynika. Załóżmy, że wyjechało z Polski ok. 2 milionów ludzi i z tej liczby wróci tylko 10% ludzi pokroju mojego znajomego Adama, którym dzięki wytrwałości, szczęści i jakimś tam cechom charakteru tam się udało. Niech nawet będzie, że wróci  tylko 5% osób o takim nastawieniu. To i tak sporo.

Przyjadą do Polski i usłyszą, że projekt ustawy znoszącej podwójne opodatkowanie jest gdzieś głęboko w pękającej od wizjonerskich ustaw szafie, że ten miły pan co kiedyś na konferencji machał sztucznym penisem i pistoletem teraz stojąc na makulaturze mówi, że zlikwiduje 150 absurdów w polskim prawie, że lepiej żeby dorastająca córka wybiła sobie z głowy adwokaturę, bo raczej nigdy nie będzie przeciętnego obywatela stać na stosownej wielkości łapówę, że nie ma reformy podatków, że służba zdrowia, że laptopy w wannie, że mamy kampanie prezydencką, że najlepiej gdyby zamówili kolekcję „Czterech Pancernych i psa”, „Alternatyw 4″ i zabierając ze sobą na szczęście kamyk z Zielonej Góry spakowali się i wrócili na Wyspy, gdzie umilając sobie czas lekturą Gazety Wyborczej szczęśliwie lepszych czasów w Polsce poczekali.

Co może powiedzieć wtedy taki statystyczny emigrant? Pomijając to, że zdanie zacznie od „fok!”, a nie swojskiego „k….a!”, może być bardzo niezadowolony. Może zdarzyć się tak, że czar Donka zrobił dobrze  emigracji zarobkowej tylko przez chwilę i ta jest odporna na socjotechniczne zabiegi, bo chociaż była daleko, to teraz ogląda Polskę z innej, niezniekształconej przez ekran telewizora perspektywy.

I wtedy może stać się tak, że ci pewni siebie ludzie zaczną wiercić, zadawać pytania. A że jest ich całkiem sporo może się okazać, że ich głos to nie jest jakieś popiskiwanie pielęgniarek, ale konkretne i doniosłe wydzieranie.

Oby tak było i ciekawe, co wtedy się stanie.

Zupełnie niewiarygodna teoria spiskowa w biało-czerwone pasy [2008-02-14, 10:47:33]

luty 15, 2008

- Źle się dzieje w państwie Irlandzkim Endrju.

- O czym ty do mnie rozmawiasz, hę?

- Takie nawiązanie do klasyki, rolniku ty mój siłą od pługa oderwany. Myślałem, że jak już wlazłeś na salony, to coś tam wiedzy liznąłeś.

- Ty mi tu głowy nie zawracaj, tylko nawijaj o co ci chodzi. Wmieszaliście mnie w seks afery, z sejmu wytryniliście, same kłopoty. Myślisz że brylantynę tylko mam na głowie?

- Ja właśnie o tym Endrju drogi. Wiesz, że ja elektorat mam inteligencki, może niekoniecznie oczytany, ale w większości piśmienny. I ty dla niego złem jesteś wszelakim -  prymitywnym i ucieleśnionym.

- Ja? To Kaczor już nie wystarcza? Mało to my mu koło pióra narobili? Mnie zaś w to chcesz mieszać? Ani mi się śni.

- Właśnie w tym problem, że z Kaczorem nie do końca wypaliło. Parę wpadek mieliśmy. Julka się spaliła z raportem nie gorzej niż jej wozik, a w laptopy rozwalane młotkiem to już nawet najgłupsi z inteligencji naszej dzielnej wierzyć nie chcą. Jednym słowem wroga nam trzeba nowego, ale starego - sprawdzonego i zaufanego.

- I to niby ja mam być?

- No, swój człowiek jesteś. Nie wierz w to co mówią, że wy trzeci sort towarzyszy byliście. Rolę swoją dobrze wypełniałeś, a z taką gębą to i tak nigdy inteligenta Helsińskiej Fundacji byś nie zagrał. He, He.

- Nie pozwalasz se aby za wiele, co?

- Ciesz się, że miło się skończyło, bo plany były, żeby spektakularnie cię spuścić w niebyt. Mojej przenikliwości zawdzięczasz tylko, że bez więzienia się obyło.

- Ty mi tu bzdur nie opowiadaj, bo dobrze wiesz, że niejedno mogłem opowiedzieć. Takie taśmy prawdy bym wam zrobił, żeby się wam inteligenciki geszeftów na długo odechciało.

- Nie kłóćmy się o detale. Ważne, że zobowiązania masz i o nich pamiętaj. Ja tu jeszcze trochę rządze, więc nie strasz, bo jak się uprę, to cie nawet telewizja Trwam nie przygarnie i w kiciu na ścianie miedzianą łyżeczką będziesz  wyskrobywał swoje żale. Wole jednak po dobroci, z interesem w końcu przychodzę.

- Czyli co? Wracam do zabawy? Chłopów skrzyknąć? Poblokować drogi?

- No widzisz, bystry jesteś. Ja spokoju trochę potrzebuje, protestów kontrolowanych. Nie jakichś spontanicznych nawalanek, co ich się nie da już przemilczeć. Więcej w zaprzyjaźnionych stacjach czasu antenowego niż Owsiak ze swoją orkiestrą całą dostaniesz.

- Więc znowu mam być ten zły, co się go człowiek wykształcony brzydzi, reformy blokujący warchoł, przeszkoda na drodze do cudu i Irlandii nad Wisłą?

- Coś w tym stylu. Sam sobie możesz wybierać do woli. Świńskie górki, kurze dołki,  mnie to rybka. Ma być hucznie i prymitywnie, żeby na jakiś czas mi spokój z cudami dali. Dużo o krwiopijcach liberałach co już rządzili se pogadasz. Z Waldim rozmawiałem, możesz sobie też po nim pojechać, że zdradził polskiego rolnika, że panisko wielkie się zrobił. Używaj sobie do woli. Skończysz, jak ci powiem. Coś dostaniesz, a my sukces odtrąbimy.

- No dobra, a co niby konkretnie za to dostanę?

- No, do polityki wielkiej wrócisz jak nowonarodzony. Długi pospłacasz. Zobaczysz, będziesz zadowolony.

- Nie będzie targania po sądach?

- Tylko straszenie. Nic więcej. Trochę podymisz w prajm tajmie, a jak się temat znudzi, to może czas na konserwatywne odrodzenie nastąpi i Jasio Marysia do łask będzie przywrócony? No wiesz, wypaczenia, popełniliśmy trochę błędów, tralalala.

- Jak to? On?

- No, na twoim tle intelektualny aspekt jego powrotu będzie jeszcze bardziej podkreślony. W końcu za to nas kochają.

- A nie mógłbym tak chociaż trochę w lepszym świetle być przedstawiony?

- Wybij sobie to z głowy. Taki jesteś idealny, antyinteligencie ty mój buraczany. No już, zbieraj się na solarium, zboże do rozsypywania szykuj. Śpiesz się, masz tylko parę dni, bo my na tych ocenach z religii na świadectwach maturalnych już  ledwo-ledwo uwagę elit naszych skupiamy.

Cudowna dewaluacja cudu [2008-02-12, 07:50:43]

luty 15, 2008

Przeglądając różnego rodzaju fora internetowe oraz grupy dyskusyjne, zaobserwować można ciekawe zjawisko ewoluowania poglądów młodej i dynamicznej inteligencji, która oddała swój głos na PO.

Zmiana ta nie dotyczy samego nastawienia do zwycięskiej partii, które cechuje się nadal wysokim poziomem ufności i zrozumienia, ale raczej podejściem do przedwyborczych deklaracji.

Pamiętam bowiem doskonale swoje zdziwienie, że kampanijny slogan Platformy o cudzie nie wywołuje powszechnego, jeżeli nawet nie kpiącego, to przynajmniej ironicznego uśmieszku i ponoć inteligencki elektorat tej partii tak ochoczo go ‘kupuje’.
Pomijam już samą perfidię konstrukcji hasła „Polska zasługuje na cud gospodarczy”, która skupia całą uwagę na wyrazie „cud” marginalizując wyraz ostatni, co moim zdaniem na taki właśnie efekt było obliczone; chodzi mi bowiem bardziej o samo użycie przez ponoć poważną, konserwatywno-liberalną partię jako motta swojej kampanii nadnaturalnych odwołań, co  od samego początku zakrawało dla mnie na ostrą groteskę.

Okazało się jednak, że nie mam racji, bo jeżeli nawet bon mot ten nie przyczynił się do zwycięstwa, to na pewno w żadnym stopniu jego rozmiarów nie pomniejszył.

Gdy trwała kampania, w okołointernetowych dyskusjach zwolennicy Platformy podkreślali, że pełne brzmienie hasła o cudzie dotyczy właśnie gospodarki i tym samym ucinali argumenty sceptykom, bo nawet ci nie mogli przecież zaprzeczyć, że w sensie logicznym cud gospodarczy niczym złym ani niemożliwym na pewno nie jest.
Nieśmiałe głosy temat drążących, że wyżej już chyba nie można postawić sobie poprzeczki i nawet przedwyborcze obiecanki powinny być chociaż odrobinkę urealnione, raczej nie znajdowały zrozumienia i to u żadnej ze stron sporu.
Panował pełen optymizm i wiara, że PO jest partią kompetentnych fachowców, która zrobi porządek z bałaganem zastanym po rządzie PiS.
To, że taki panuje nie podlegało oczywiście żadnej dyskusji, bo (upraszczając) wiedział  o tym każdy faktyczny i tylko zadeklarowany czytelnik Wyborczej, a potwierdzano mu to dodatkowo co chwilę nie tylko w Szkle Kontaktowym.
Gdy dodatkowo weźmie się pod uwagę, że publiczna deklaracja poparcia dla Kaczyńskiego traktowana była nieomal jak puszczenie bąka w windzie, nie sposób dziwić się tak bezrefleksyjnemu przyjmowaniu za dobrą monetę wszystkiego, co obiecywali ludzie z PO.

Tak właśnie - hura-optymistycznie - zakończył się prolog do rządów Donalda Tuska i pod względem nastrojów niewiele się dzisiaj zmieniło. Zaszła jednak pewna, moim zdaniem diametralna zmiana.
Mianowicie taka, że teraz nawet samo wspominanie o cudzie traktowane jest jako coś niestosownego czy wręcz małostkowego. To, co do niedawna było normalnym, realistycznym hasłem zwiastującym może tylko trochę na wyrost dobrobyt,  stało się czymś nieomal wstydliwym, o czym po wygranych wyborach wręcz nie wypada wspominać.

Nie jest oczywiście żadną tajemnicą, że przyczyną tego stanu rzeczy jest nie tyle zmarnowanie czasu, który od początku trzeba było na reformy przeznaczyć*, co raczej brak faktycznego do nich przygotowania.
I właśnie na tym tle niezmiernie ciekawie przedstawia się podejście do pojęcia cudu dotychczasowych jego (nie bójmy się tego słowa) wyznawców. Okazuje się bowiem, że oni od samego początku traktowali ten slogan z przymrużeniem oka i jasne było dla nich cały czas, że jest on tylko pewnym zabiegiem słownym, a już na pewno nie powinien być traktowany dosłownie.

Owszem, nadal pojawiają się jeszcze czasem głosy, że można rozumieć cud gospodarczy jako nawiązanie do Irlandii czy Estonii, ale są one raczej nieśmiałe i wydaje się, że jest to tylko preludiom do ostatecznej, już powoli obowiązującej, kanonicznej interpretacji. Takiej mianowicie, że hasło „Polska zasługuje na cud gospodarczy” było od początku  obliczone na mało rozgarnięty elektorat Samoobrony czy PiS, by ten łapiąc się na jego celowo populistyczny blichtr poparł Platformę i przyczynił się do jej zwycięstwa! I ciąg dalszy w stylu: Bowiem dla każdego inteligentnego człowieka cały czas było jasne, że cel uświęca środki i priorytetem było odsunięcie od władzy szkodliwej dla Polski partii braci Kaczyńskich!

Że też ja na to od razu nie wpadłem! To znaczy wpadłem, z tym jednak zastrzeżeniem, że fakty zdają się przeczyć temu, że dostrzegały to również osoby tak dzisiaj twierdzące.
Co zabawniejsze, poglądy tych osób oczywiście nie ewaluowały, bo w domyśle, nawet gdy mówiono o podatku liniowym, JOW i tym podobnych duperelach, to osoby o IQ pozwalającym rżeć jak równy z równym z żartów serwowanych w ‘Szkle Kontaktowym’ wiedziały, że najpierw należy odsunąć Kaczyńskiego, a później się zobaczy. Nie ma więc mowy o odstąpieniu od programu, bo priorytetowe zadanie zostało osiągnięte i kropka.
To naprawdę genialne w swej prostocie i jestem przekonany, że niewiele krajów może pochwalić się tak bezrefleksyjnymi, odpornymi na fakty, tresowanymi przez media indywiduami.

Jakkolwiek by jednak nie było uważam, że jest to ciekawy temat na przynajmniej małą rozprawkę dla jakiegoś zajmującego się tematem zachowań społecznych socjologa. Oczywiście to żadna nowość, ale ten konkretny przypadek dewaluowania „tylko” hasła reklamowego wspaniale moim zdaniem pokazuje, jak stosunkowo małym kosztem, przy nie dającym natychmiastowych profitów zaangażowaniu mediów, udało się Platformie wychować wiernego wyborcę, który w swej masie bezrefleksyjny, przyjmie grzecznie wszystko, co przedstawi mu się za fakt.
Gdybym był cyniczny tak naprawdę i w głębi duszy, a nie tylko na papierze czasem, musiałbym pogratulować specjalistom od pijaru świetnej roboty. Ponieważ jednak czasem staram się dociekać prawdy i być uczciwym przynajmniej wobec siebie, muszę stwierdzić, że to nieprzyzwoite tak bezczelnie okłamywać ludzi. Nawet jeżeli są zwyczajnie naiwni czy wręcz głupi. Takich numerów się nie robi.

W tym miejscu w zasadzie mógłbym skończyć, ale wypada przedstawić jakieś wnioski. Sądzę, że przede wszystkim istotne jest to, że elektorat Platformy jest w znacznej części słaby, pozbawiony głębszej wizji, która pozwalałaby mu upatrywać w ukochanej partii czegoś więcej niż tylko narzędzia do poczucia się kimś lepszym. Tym samym jest też chwiejny i podatny na sugestie tych, którzy zaproponują mu tę samą ułudę ale w nowej i ciekawszej promocji. Czy PiS może to wykorzystać? Wątpię. Już prędzej SLD czy inne SDPL.
Bowiem nienawiść do partii Kaczyńskich jest zbyt silna i w powszechnym przekonaniu popieranie jej jest czymś bardzo wstydliwym, że wręcz niemożliwe jest, by cała ta masa podniesionych do rangi mistycznej inteligencji ludzi nagle rozejrzała się wokół siebie i powiedziała szczerze i od siebie: Ja pie…le, król Donek I jest nagi!

 

*Polecam wpis skxpl na ten temat.

Ludzie przestają myśleć, gdy przestają czytać* [2008-02-11, 08:40:48]

luty 15, 2008

Jeżeli ktoś nadal ma wątpliwości, czy aby na pewno niedawna wizyta premiera Donalda Tuska w Rosji była sukcesem, powinien dobrze się zastanowić.

Według opublikowanego dzisiaj przez ‘Dziennik’ sondażu TNS OBOP, aż 81% ankietowanych Polaków jest przekonanych, że premier dobrze zrobił jadąc do Moskwy, a tylko 11% jest przeciwnego zdania.

Ponieważ trudno uwierzyć, by plotka o ponoć załatwionej tam reaktywacji Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze mogła aż tak rozochocić rodaków, prawdopodobnie muszą być też inne tego przekonania powody.

Niewątpliwie nie bez znaczenia jest tutaj urok osobisty premiera, który w połączeniu z ciepłym uśmiechem i nienaburmuszonym sposobem bycia, skutecznie koi serca nadwiślańskich romantyków. Że przy okazji wyłącza im się rozum jest naturalnym efektem ubocznym i spierać się można, czy niepożądanym.

Jeżeli bowiem dodamy do tego wiarę nie tylko w cuda, ale też w samego właściciela prasłowiańskiego imienia Donald - dobrotliwie nam panującego premiera - wszystko staje się jasne.
Albowiem wiara, podobnie jak miłość, nigdy nie opiera się na rozumie** i wcale nie jest tak, że gdy ten śpi, budzą się demony.

Można więc spokojnie założyć, że przyczyna tak optymistycznej oceny wyjazdu premiera do Rosji w znacznym stopniu wynika z uczucia.

Gdy przypomnimy sobie, że nad Wisłą mieszka kilkadziesiąt tysięcy analfabetów, a prawie połowa Polaków nie rozumie tego, co czyta - wszystko staje się jasne.

Powtarzajmy więc zgodnie - Spotkanie Tuska z Putinem to wielki sukces, bo najważniejszy jest dialog.
I co mniej istotne, ale warte odnotowania - wcale nie trzeba umieć czytać żeby sobie pogadać.

 

*Denis Diderot
**Hermann Hesse

Trzema szczwacz troczy, dwiema szczuje, jednym straszy* [2008-02-10, 13:47:22]

luty 15, 2008

Na tajnym posiedzeniu Sejmu minister Ćwiąkalski ujawnił porażające dane na temat stosowania podsłuchów za rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Wprawdzie niektórzy drwiąc z tych sensacji próbują zbagatelizować poważny w końcu problem,  to jednak coś musi być na rzeczy. Powszechnie bowiem wiadomo, że za czasów reżimu PiS wszystko spadało, a tu z liczbą pluskiew jest wręcz odwrotnie…

Nie wolno więc tracić czujności i dlatego też ja, skromny obywatel, postanowiłem na miarę swoich możliwości także być pomocnym.

Poniżej udostępniam dane, które mogą okazać się niezastąpione, gdyby  minister czuł potrzebę odstrzelenia kogoś w sposób podobny i równie jak w przypadku ostatniego posiedzenia Sejmu oryginalny i lotny.

WAŻNIEJSZE ZWIERZĘTA ŁOWNE W POLSCE W 2007 ROKU
(stan na dzień 31.03.2007r.)

Łosie - 4759 sztuk
Daniele - 10882 sztuk
Muflony - 950 sztuk
Jelenie - 123038 sztuk
Sarny - 646006 sztuk
Dziki - 159268 sztuk
Lisy - 202740 sztuk
Zające - 498669 sztuk
Bażanty - 356780 sztuk
Kuropatwy - 365838 sztuk

Razem - 2368930 sztuk

Darz bór Ministrze!
Czuwaj!

*Cokolwiek to dokładnie znaczy, jest przysłowiem myśliwskim:
http://www.wklodyniec.republika.pl/obyczaje.html

Zrobimy wszystko, żeby Polska była dla was dobrym domem (owacje)* [2008-02-09, 07:52:03]

luty 15, 2008

O wczorajszej wizycie premiera Donalda Tuska w Moskwie napisano już sporo i z pewnością temat ten będzie jeszcze długo eksploatowany. Nie chciałbym powtarzać tutaj banałów twierdząc, że nastąpił przełom we wzajemnych relacjach polsko-rosyjskich i pojawiły się nowe perspektyw, bo akurat to nie podlega żadnej dyskusji.

Kwestą sporną może być bardziej znaczenie tego przełomu dla Polski oraz to, czy perspektywy te są aby na pewno dla nas optymistyczne.
Jest to zdecydowanie ciekawsze zagadnienie i sam na obydwa pytania odpowiedziałbym, że zdecydowanie nie, tym niemniej wiem, że nie jestem w swych sądach obiektywny, bo w zupełności zgadzam się z minister Fotygą mówiącą jakiś czas temu, że wizyta Tuska w Moskwie przed Waszyngtonem ma znaczenie symboliczne oraz dodatkowo interpretuję rozszerzająco na politykę zagraniczną słowa Jarosława Kaczyńskiego o pewnej predylekcji i polityce transakcyjnej obecnej ekipy.

Dowodzi to  dość jednoznacznie, że jestem skrajnie nieobiektywny i brakuje mi chociażby wiary w dobre intencje rządu POPSL.  Gdyby  wziąć dodatkowo pod uwagę płynący stąd wniosek, że źle musi być też z moim IQ,  bo powołuję się na słowa Jarosław Kaczyńskiego, którego poparli słabo wykształceni i mało zarabiający mieszkańcy małych miasteczek i wsi oraz Anny Fotygi - małostkowej kobiety zazdrosnej o istotne postępy w stosunkach między Polską a Rosją, to czytelnik ma już pełny obraz moich poglądów i wie czego może się spodziewać.

Mając jednak świadomość własnych ułomności zdobędę się przynajmniej na to, by nie upierać się, że mam rację i z chęcią przyjmę do wiadomości, że wczoraj wydarzyło się coś dla Polski dobrego. Że ten dialog, który sam w sobie urósł nieomal do rangi priorytetu w relacjach Warszawa-Moskwa rzeczywiście coś przyniósł. Że faktycznie zawsze warto rozmawiać, nawet jeżeli partner do debaty traktuje cię upierdliwego petenta, który zreflektował się wreszcie, że dużo przesady jest w powiedzeniu „klient nasz pan”. Że mówiąc najogólniej Tusk po prostu wie czego chce. Szczerze ucieszę się, jeżeli faktycznie tak jest.

Jednak to wszystko pokaże czas, ale już dzisiaj trzeba zadać proste pytanie, czy aby na pewno wizyta w Moskwie była powodowana tylko koniecznością natychmiastowej poprawy stosunków z Rosją.  A jeżeli tak, to jaki był tego porozumienia koszt.

Nigdy bowiem nie uwierzę w twierdzenia niektórych nieprzychylnych rządowi Platformy publicystów, że cel tej wizyty był głównie marketingowy i Tusk chciał przede wszystkim pokazać wyborcom, jak źle robił Kaczyński i jak teraz partnersko i sielsko dzięki niemu w naszych relacjach z Moskwą jest.

Znaczyłoby to bowiem, że rządzą nami kompletnie nieodpowiedzialni wariaci i chociaż może nawet swój sposób byłoby to  pocieszające, to jednak moim skromnym zdaniem (przynajmniej jeżeli chodzi o politykę zagraniczną)  taka opcja na pewno nie wchodzi w grę.

Pozostaje więc tylko uzbroić się w cierpliwość i zależnie od światopoglądu patrzeć optymistycznie w przyszłość lub (niestety bardziej chyba jednak realistycznie) przyjąć do wiadomości, że wprawdzie jadąc do Moskwy Tusk naprawdę wiedział czego chce, to jednak niekoniecznie obywatele tego wesołego kraju nad Wisłą będą teraz również chcieli to mieć.

*http://www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4600466.html

Pawlakowe szkice węglem

luty 8, 2008

Waldemar Pawlak jest żywą postacią nie tylko polskiej sceny politycznej ale też popkulturalnej. Szerszej widowni dał się poznać dzięki niezapomnianej roli w filmie Jacka Kurskiego „Nocna Zmiana”, gdzie u boku innej wschodzącej gwiazdy Donalda Tuska, w przekonujący sposób zagrał zatroskanego o losy młodej polskiej demokracji obywatela.

Niestety debiut niezauważony przez maintreamowe media przeszedł bez większego echa i gdyby nie serwis YouTube  oraz utwór Kultu “Lewy Czerwcowy”, mało kto o romansie z X muzą obecnego wicepremiera by pamiętał.

A naprawdę szkoda, bo choć porównanie do Bustera Keatona jest na pewno trochę przesadzone znać tam, że Pan Waldemar spory talent sceniczny posiada.

Długo można by opowiadać o licznych zaletach premiera rządu ocalenia antylustracyjnego; o drodze którą przeszedł od zestresowanego młodzieńca u boku zdecydowanie zgrabniejszej niż Jerzy Urban rzeczniczki rządu Ewy Wachowicz, po charyzmatycznego konserwatywnego liberała stawiającego odważnie czoła rozhisteryzowanym żonom protestujących górników.

Jego bardzo bogaty życiorys na pewno nie zmieściłby się w jednej teczce i nie ulega żadnej wątpliwości, że jest trochę takim naszym Strażakiem Samem ochoczo gaszącym sikawką ogniska zapalne wybuchające w coraz to nowych miejscach kraju.

Dlatego też z wielkim zaciekawieniem przeczytałem informację, że zielony wicepremier prawicowego rządu Tuska interesuje się również alternatywnymi źródłami energii i jego zdaniem poprzednie ekipy przywiązywały zbyt wielką wagę do dywersyfikacji źródeł dostaw gazu.

Stwierdził nawet, że “była skłonność do importu gazu z różnych kierunków, ale z zagranicy” i jak można mniemać, lepsze będą kierunki wewnętrzne. Dobre, bo Polskie innymi słowy.
Pawlak wyjaśnia dalej, że „”Gdyby te same pieniądze przeznaczyć na zgazowywanie węgla w Polsce - a jest to możliwe - to może się okazać, że mamy gazu pod dostatkiem z krajowych źródeł […]Bardzo jest ważne byśmy skupili się na rozwiązaniach, które nam dają rzeczywistą niezależność, rozwiązaniach wspierających także krajowe wydobycie”.

W każdym razie nie można już mieć wątpliwości, że bogate portfolio cudów obecnej ekipy nie obejmuje kontynuacji budowy terminala LNG w Świnoujściu i sprawy tzw. kontraktu norweskiego.

Słusznie, w końcu Polska węglem stoi i jak pisał niezapomniany i ponadczasowy Władysław Broniewski Węgiel ogrzeje, węgiel nakarmi,/z węgla nasz Wspólny Dom,/węgiel - to siła Ludowej Armii,/droga ku jasnym dniom.”

Szkoda więc byłoby marnować wielowiekową tradycję jego wydobycia i trwonić energię na jakiś terminal tudzież umowę z Norwegią, która na dodatek nie należy do Unii Europejskiej.

Można też pójść dalej i pomyśleć o wiatrakach albo doskonale sprawdzających  się przy produkcji etanolu krowich odchodach. Będzie modnie i ekologicznie, a w kraju rolniczym łajna na pewno nie zabraknie. Składowane na wzór węgla na hałdach sprawi, że Śląsk też stanie się choć trochę rolniczy.

Podsumowując, teraz już zupełnie poważnie: Radzę zapamiętać stanowisko Waldemara Pawlaka w sprawie dywersyfikacji źródeł dostaw energii. Jeżeli bowiem kiedyś tak się nieszczęśliwie złoży, że Rosja przykręci Polsce kurek, warto będzie spytać dzielnego strażaka na jakim etapie są prace z zagazowaniem węgla związane. Wprawdzie będzie już po tak zwanych ptokach, ale przynajmniej będziemy wiedzieć komu ten dobrobyt zawdzięczamy.

Tajny Aport w Sprawie CBA [2008-02-06, 08:14:13]

luty 6, 2008

Oglądając wczoraj TVN24 trafiłem na rozmowę z Julią Piterą. Nie słuchałem uważnie, ale odniosłem wrażenie, że szanowna pani minister była zdenerwowana pytaniami o raport w sprawie CBA.

Być może źle zrozumiałem, ale padło tam chyba  nawet stwierdzenie, że nie należy rozumieć w sensie prawniczym słów, które w mowie potocznej wcale tak dosłownego znaczenia nie mają.

Dotyczyło to rzeczownika ‘raport’ i w ten oględny sposób pani Pitera chciała chyba zasugerować,  że mówiąc wcześniej o raporcie, zastosowała tak zwany skrót myślowy.

To jednak niemożliwe, bo z  zamieszczonej w nonkonformistycznym portalu spiperzajdziadu.com definicji tego pojęcia wynika, że Skrót myślowy [...] - błyskotliwa, genialna i zaskakująca konstrukcja myślowa pochodząca od działacza PiS lub innego ugrupowania współtworzącego IV RP.[...] Zabieg często stosowany w IV RP [...] jest tym bardziej konieczny, gdy dany obywatel należy do szarej sieci, Łże elity, czy też zwyczajnie nie słucha Radia Maryja lub nie ogląda TV Trwam.  Skrót myślowy z definicji może być użyty jedynie przez członka PiS lub członka koalicji (formalnej bądź nie.) [...]

Widać więc wyraźnie, że to jednak nie to i wszelkie podobieństwa są przypadkowe.  Musi być jednak jakieś wyjaśnienie i sądzę, że pani Pitera mówiła po prostu o aporcie, a nie raporcie w sprawie CBA.
To całkiem logiczne, bo  tak jak jest w prawie aport definiowany jest on jako wkład rzeczowy założyciela spółki akcyjnej, tak tutaj aport ten był także takim wkładem, z tym że na poczet spółki nie akcyjnej, a koalicyjnej Tuska z Pawlakiem.  Jest to wyjaśnienie eleganckie i proste, a elektorat na pewno je zrozumie.

Jakkolwiek by nie było, Julia Pitera powiedziała w pewnym momencie, że czas już skończyć ten temat, bo są poważniejsze sprawy w tym państwie. Potwierdził to ochoczo niezastąpiony Ryszard Kalisz przypominając upierdliwym głuptaskom, że nie czas żałować róż, gdy do wanien wpadają laptopy.

Dlatego też zgodnie z tym zaleceniem, kończę temat aportu Julii Pitery kilkoma przeciekami, które kiedyś do mnie dotarły i po wielu trudach udało mi się je wreszcie częściowo rozszyfrować.

1. CBA szasta się publicznymi pieniędzmi.
Agent który uwiódł posłankę Sawicką zakupił na koszt agencji wodę „Old Spice”, a jak zapewnia pod przysięgą pokrzywdzona, podczas prowokacji zdecydowanie pachniał znacznie tańszym płynem po goleniu „Brutal”.

2. CBA stosuje prowokacje polityczne.
Podczas przeprowadzanych w 2005 roku rozmów koalicyjnych, Jarosław Kaczyński za namową Kamińskiego uśmiechał się półgębkiem, co jak powszechnie wiadomo charakteryzuje jego brata Lecha. Spowodowało to powszechną konsternację i nie ma wątpliwości, że było to działanie zamierzone, mające doprowadzić do zerwania rozmów i powstania koalicji z LPR i Samoobroną.

3. CBA stosuje nieuczciwe sposoby werbunku.
Z tajnej notatki CBA wynika, że zatrudnieni w agencji prowokatorzy dostali instrukcję, by podczas akcji wymawiać „h” (względnie ”ł”) zamiast „r”. Miało to wywołać wrażenie, że stoją za nimi czołowi politycy Platformy.

4. CBA rozbija strajki.
Podczas słynnego protestu pielęgniarek, przebrany za siostrę oddziałową agent X obniżał morale strajkujących twierdząc, że woda mineralna dostarczona przez HGW jest zatruta i zniszczyła mu nerki. Pod tym pretekstem, w kluczowych momentach negocjacji wstawał gwałtownie krzycząc: „Siostro, basen!”.

5. CBA dezinformuje.
Agenci CBA wmówili Hannie Gronkiewicz Waltz, że niecka stadionu X-lecia, ze względu na panujący tam specyficzny, handlowy klimat, jest doskonałym miejscem na fabrykę lodów i szkoda budować tam stadion.  Na szczęście wyprowadzona w porę z błędu Prezydent Warszawy uniknęła kompromitacji.

6. CBA niszczy dowody.
Jak donosi sąsiad Mariusza Kamińskiego, dnia (nieczytelne) stycznia, z mieszkania szefa CBA dobiegł głośny plusk. Zaintrygowany mężczyzna długo zastanawiał się nad przyczyną tego zjawiska i wreszcie dotarło do niego, że bez cienia wątpliwości dźwięk taki wydaje wpadający do zbiornika wodnego większego od miednicy, ale znacznie mniejszego niż basen laptop.

7. [nieczytelne]

Jeszcze o tarczy [2008-02-04, 08:56:22]

luty 4, 2008

Gdyby komuś przyszło do głowy zapytać mnie, co w polskiej polityce zagranicznej uważam za cele najważniejsze, z pewnością wskazałbym na instalację tarczy antyrakietowej na naszym terytorium, zdywersyfikowanie źródeł energii oraz umocnienie sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi.

Jednym słowem odbębniłbym mantrę typowego obywatela stawiającego się opozycji do posłanki Senyszyn; obywatela który ma telewizor i czyta gazety więc coś tam na pewno słyszał i pomimo oddania głosu na inną niż PO partię sam nie uważa się za idiotę.

Prawda wymaga jednak tego, by uczciwe przyznać, że kwestie polityki międzynarodowej są chyba tym aspektem działalności władz państwowych, który w minimalnym tylko stopniu statystyczny obywatel może zrozumieć. Wynika to stąd, że najzwyczajniej w świecie nie ma on dostępu do żadnych faktycznie ważnych analiz i swoje opinie wyraża w głębokim przekonaniu o własnej racji utwierdzonej odpowiednio dobranymi strzępkami zasłyszanych w mediach informacji. Nie twierdzę tutaj, że to źle, warto jednak ten fakt podkreślić.

Nikt jednak rozsądny nie może chyba przypuszczać, że w podobny sposób działają podejmujący decyzje w tych sprawach politycy i podstawowym źródłem ich wiedzy były na przykład zasłyszane w TVN24 profesora Tadeusza Iwińskiego mądrości. Od czegoś przecież państwa mają między innymi agencje wywiadu i przekazywane w dźwiękoszczelnych pomieszczeniach ambasad informacje.

Wspominam o tym wszystkim teraz w ten trochę chaotyczny sposób, bo znowu gdzieś usłyszałem, że w sprawie tarczy antyrakietowej powinno odbyć się referendum.

Naprawdę nie chciałbym tutaj wdawać się w dyskusję o zasadności bądź nie tej instalacji w Polsce. Mam swoje zdanie, które z grubsza można tak streścić, że dobrze byłoby gdyby pragmatyczni Amerykanie mieli jakiś interes w umieraniu za Polskę, a niewątpliwie zrobią to chętniej za strategicznie ważne tony żelastwa niż malowniczo-urocze rozlewisko Rospudy, gdzie traszki będą umilać czas dzielnie broniącej się polskiej partyzantce. To chyba dość oczywiste i proste.

Tym niemniej nie twierdzę, że mój głos powinien być w tej sprawie w jakimkolwiek stopniu decydujący. Jest to zbyt poważne zagadnienie, by wynik mógł zależeć o tego, kto aktualnie ma większe wpływy w telewizji i może skuteczniej promować swoje racje. Twierdzę po prostu, że nie można głosować nad bezpieczeństwem, bo rządzący mają zdecydowanie więcej informacji.

I tak jak w przypadku PiS opierałem się na strzępkach medialnych doniesień i na ich podstawie twierdziłem, że rząd ten ma nastawienie proamerykańskie, to po wczoraj zasłyszanych w telewizji newsach muszę uczciwie przyznać, że również Platforma Obywatelska wydaje się też zmierzać tym kierunku.

Świadczyłoby to o tym, że polska polityka zagraniczna jest spójna i odporna na zawirowani kadrowe, co byłoby niewątpliwie krzepiącą informacją. W każdym razie na pewno w sferze deklaracji PO jest za instalacją tarczy na terytorium Polski i najbliższe dni pokażą, czy potrafi wyjść poza słowa faktycznie trzymając się swoich przekonań i racji.

Mam nadzieję, że tak, bo przy mojej całej niechęci do partii koalicjantów posła Kłopotka, to jednak zbyt poważna sprawa na schadenfreude i powtarzanie z miną eksperta “A nie mówiłem” po fakcie.

Jakkolwiek by bowiem nie zaklinać rzeczywistości, rezygnacja z instalacji tarczy antyrakietowej na terytorium Polski będzie sukcesem Rosji.